poniedziałek, 5 sierpnia 2013

IV - Zwierzenia

*Beau*
Wysiadłem z auta i nie wiem czemu byłem zły. Byłem zły na Lukeya. Za co? Nie, chyba nie byłem zazdrosny o to, że Charlie... Nie, nie. To nie to. Po prostu nie miałem ochoty pomagać mu delikatnie jej wynosić z auta. Więc kiedy zawołał za mną czy mu pomogę powiedziałem.
- Możesz mnie pocałować tu. - rozebrałem koszulkę, która i tak już była wygnieciona i cisnąłem ją prosto w błoto.
Brat poszedł za moim przykładem i już po chwili staliśmy w samych dżinsach na podwórku śmiejąc się z własnej głupoty. Nasze koszulki już dawno powinny iść do kosza (czyt. do błota).
Ostrożnie wziąłem ją na ręce. Jej głowa osunęła się na moją pierś. Czułem jej lodowatą skórę, byłem niespokojny. W moich ramionach była jeszcze bardziej drobniejsza i delikatniejsza. Luke przytrzymał nam drzwi, a ja uważnie niosłem ją prosto w głąb domu.
Położyłem ją na łóżku w pokoju, który kiedyś "wynajmowała" Ariana. Ten pokój był jak bajka. Nic dziwnego, ponieważ Jai - tak, ten Jai - kupił wszystkie rzeczy, które się tu znajdują. Potem Ari trochę tu pozmieniała, trochę zepsuła, ale i tak pozostał z tego kawał dobrej roboty jednego z moich braci.
*Luke*
Cicho, by nie obudzić Charlie weszliśmy na palcach do jej pokoju. Beau położył ją na łóżku, a ja okryłem kocem.
- Otwórz tu okna. - rozkazał, a zaraz potem wyszedł.
Posłusznie uchyliłem okno. Nie wiedziałem co mam teraz zrobić. Wyjść tak po prostu tak jak Beau? A może powiedzieć jej "dobranoc". Przecież i tak nie usłyszy.
Nachyliłem się nas dziewczyną i położyłem swoją prawą dłoń na jej ramieniu.
- Teraz powinieneś mi życzyć dobrej nocy i pocałować w policzek. - mruknęła cicho. Zaśmiałem się. - Ale z racji, że to nie film romantyczny wystarczy mi tylko "dobranoc". - otwarła jedno oko. Miało piękną, brązową barwę. Niekiedy zmieniało kolor pod wpływem światła, innym razem pojawiały się urocze przebarwienia, które kontrastowały z jej naturalnym kolorem. Jej oczy (czyt., oko) połyskiwało i robiło się szklane. Wiedziałem, że zaraz zacznie płakać.
- Hej, spokojnie. - położyłem dłoń na jej karku. - Jeśli chcesz mogę dać ci buzi, buzi. - zażartowałem.
Pokręciła tylko niespokojnie głową.
- Nie o to chodzi. - czy mi się wydawało czy jej naprawdę załamywał się głos. - Nie powinnam płakać, przynajmniej nie teraz.
Usiałem na końcu łóżka i zaraz zostałem obdarzony ciepłym uściskiem. Głaskałem ją po włosach i szeptałem, że nie ma się czego wstydzić. Po jej śnieżno - białych policzkach spływały słone łzy.
- Przepraszam. - kiedy się trochę uspokoiła, wytarła nos i oddaliła się ode mnie na wyciągnięcie ramion. Spuściła wzrok. Teraz mam wspaniałą okazję, pomyślałem i nachyliłem się by pocałować ją w czubek głowy. Na jej i moich policzkach wykwitły rumieńce. Oboje nieśmiało spoglądaliśmy w swoim kierunku. Charlie tylko czasami zerkała na drzwi.
- Będziesz spała? - spytałem układając ją do snu po raz kolejny.
- Zostaniesz? - spytała i złapała mnie za rękę. Uśmiechnąłem się po czym przysiadłem na podłodze obok jej łóżka wciąż trzymając się za ręce.  Popatrzyła na mnie z wdzięcznością.
- Boję się ciemności. - wyznała i znowu się zarumieniła.
- Ja boję się skrzyżowań dróg. - czułem, że Charlie pragnie mi zaufać i chciałem stać się jej przyjacielem. - Czy to źle, że się czegoś boimy?
- To zależy czego dokładnie. Ciemność zawsze nam towarzyszy. To tchórzostwo bać się ciemności. Ale skrzyżowań tego nie dotyczy. - pokiwałem przecząco głową.
- Każdy się czegoś boi. I to nie oznacza, że jest tchórzem lub nie potrafi sobie poradzić z życiem. To oznaka, że on nadal walczy i próbuje przezwyciężyć strach. - ścisnęła mocniej moją dłoń, a potem dotknęła mojego policzka. Położyłem głowę na kołdrze którą była przykryta. Znajdowaliśmy się niebezpiecznie blisko siebie.
Czułem jej ciepły oddech i szybkie bicie serca. A może to moje serce waliło jak młot? Już sam nie wiem. Zatonąłem w tych pięknych, czekoladowych oczach. Wręcz się w nich topiłem, ale nie przeszkadzało mi to.
- Dziękuję. - wyszeptała. - Nie mam pojęcia jak ty to robisz, ale wierzę ci. Naprawdę ci wierzę.
Rzuciłem jej jeden z swoich uśmiechów, który był zarezerwowany wyłącznie dla moich najbliższych.
- Chyba powinieneś już iść. - delikatnie dotykała moich włosów. Mruknąłem niezadowolony, ale zaraz potem się opanowałem.
Lubisz ją Lukey. Nic więcej. Przecież ona za dwa miesiące wyjedzie, wyjedzie daleko stąd, mówił głos w mojej głowie. Miała być tylko twoją przyszywaną siostrą. I co ty robisz? No co? Lukey, Lukey, Lukey.
Ale przecież ja ją tylko lubię!, odpowiadam w myślach. Dziwne, wojna z samym sobą... Nie całujemy się, nie obściskuję jej. Jesteśmy jak woda i ogień. Albo jak ogień i ogień. Albo odwrotnie. No, chodzi o to, że tacy sami. To nic złego, myślę i wstaję z miejsca. Zaskoczona Charlie odskakuje do ściany.
Kiedy wychodzę mówi mi coś czego bym się nie spodziewał.
- Byłam kiedyś chora. Mocno chora. - zwierza mi się, a ja momentalnie znajduję się blisko niej. Patrzy gdzieś w bok, tak jakby nie mówiła do mnie. Wiem, tak jest łatwiej mówić, ale to strasznie frustrujące.
- Czuję się teraz jak podła ździra. Niszczyłam siebie... I innych. - w niemym spokoju czekałem.
*Charlie*
- Głupio mi... Właściwie to nie tyle co głupio. Czuję do siebie wstręt, obrzydzenie. No bo jak mogłam to robić?! Jak mogłam narażać siebie i innych na cierpienia?! - z trudem przychodziły mi kolejne słowa. Pokręciłam głową.
- Ale to nie wszystko. Ja siebie zabijałam. Wyniszczałam od wewnątrz. Mogłam umrzeć! Ale żyję. Uratowali mnie. Na początku nie rozumiałam po co to zrobili. Ale teraz już wiem. - nie byłam pewna, czy Luke zrozumie to co mu powiem.
- Kochali mnie. Kochają nadal. Mama, Tinny. Wszyscy rodzice zastępczy, którzy się mną zajmowali. - pociągnęłam nosem. Żałosne, zwierzam się osobie którą dzisiaj dopiero poznałam. 
- To nie ma sensu. Wtedy nic nie miało sensu. Głód, cierpienie, ból... Wszystko powróciło ze zdwojoną siłą i uderzyło. Z zaskoczenia. - nie chciałam patrzeć na chłopaka. - Rozumiem. Teraz rozumiem wszystko. Ale czasami się zastanawiam, dlaczego właśnie ja?
- Co chcesz przez to powiedzieć? - dopiero po chwili się odezwał. Tym pytaniem przybił mnie do muru.
- Jestem... Byłam. Tak, to chyba dobre określenie. - tu na chwilę zrobiłam pauzę. - Byłam anorektyczką.
Tak, najzwyczajniej znowu cierpienie wbiło się we mnie niczym ostry kolec. Nie lubiłam tego słowa. Anorektyk, anorektyczka. Głodzenie się. Głód.
Anorektyczka, anorektyczka, anorektyczka, anorektyczka..., rozbrzmiewało w mojej głowie.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że uczyniłam z Luka coś na miarę mojego pamiętnika - sekretnika. Tylko tym razem ja nie miałam kluczyka tylko on. Nie mogłam być pewna, że nie powie nikomu. Nie miałam pewności, że słowa wypowiedziane przeze mnie w tym pokoju zostaną w tych czterech ścianach i nie wyjdą drzwiami.
- Leczyłaś... - wziął głęboki oddech. Chyba go to przerosło. - Leczyłaś się?
- Terapie, psycholog... Mówią, że pomogły. W prawdzie już się nie głodzę, nie czuję tego obrzydzenia kiedy wkładam coś do ust. Mogę normalnie jeść. Nie lubię jeść za dużo. Ale nikt nie pomyślał, że prócz anoreksji - przeszły mnie zimne dreszcze. - Jest jeszcze mój umysł. I wspomnienia.
- Jest lepiej... - stwierdził. - Ale nadal cierpisz.
- Jest lepiej, ale nadal cierpię. Zawsze będę cierpiała. To część mojej pokuty. - zdziwił mnie mój spokojny, głęboki głos.
- Przepraszam. To musi być bolesne. - dotykał moich włosów.
- To jest bolesne. Ale czuję... Po prostu czuję, że muszę o tym mówić. Tak będzie lepiej, może w ten sposób jakoś sobie poradzę. - spuściłam wzrok uświadamiając sobie co takiego mówię. Mówię o tym co nieuleczalne. O tym co było i przetrwało. Czyżbym miała promyk nadziei? Na lepsze jutro.
Co ty gadasz! I tak już jest o niebo lepiej. Nie siedzisz sama w pokoju, polubiłaś chłopaków. Nie jesteś już Charlie Nudna Mia. Jesteś Charlie Coś Się Dzieje Mia. I jest dobrze - podoba mi się to.
Dotknął mojego policzka. Przyjemne te dreszcze. Chciałabym, żeby znów mnie przytulił, ale nie mam odwagi go o to poprosić.
Wodzę palcem po jego opalonym ramieniu. Jego skóra ma ciemny odcień, na pewno ciemniejszy od mojego. Idealna. Co ja opowiadam! Nie tylko karnacja jest idealna. Lukey jest idealny. Chłopcy są idealni. Tu jest idealnie.
Niespodziewanie rzucam się w ramiona chłopaka tak, że oboje spadamy na podłogę. Śmieję się. Luke przytula mnie mocno. Czuję jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Obejmuję go rękoma. Przyjemne to... przytulanie się.
Czuje się wtedy takie przyjemne ciepło, tak jakby ten ktoś kochał cię. Ale szczerze cie kochał. I nie chcesz wypuścić tej osoby z objęć. To takie miłe...
Ktoś chrząknął nerwowo. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Tego się właśnie bałam. Pozwolę sobie na chwilę słabości, ktoś pomyśli coś niewłaściwego...

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział III - Powitania

Dom był duży, przestronny. Miał dwa piętra i był koloru lekko żółtego. Na podwórzu stała mała szopa oraz huśtawki. Mogliśmy też znaleźć dużo kwiatów oraz jedno drzewo. Poniekąd dom miał swoje uroki i naprawdę fantastycznie wyglądał.
Oby właściciele sprawiali tak miłe wrażenie jak ten dom, pomyślałam. Zaraz kiedy przekroczyliśmy próg podbiegła do nas kobieta o długich, czarnych włosach. Miała swoje uroki, tak samo jak ten dom. I chociaż pewnie już swoje lata przeżyła to i tak wygląda zaskakująco pozytywnie! Na twarzy ma parę zmarszczek, wygląda na delikatną lecz silną kobietę. Wita mnie uśmiechem. Daniel przedstawia mnie oraz Toma i od razu przechodzi do rzeczy. Wszystko to dzieje się w tak zawrotnym tempie, że nawet nie zauważyłam kiedy chłopcy wnosili moje walizki.
- Chyba chciałabyś się trochę odświeżyć. - stwierdza mama Brooksów. - Choć, pokażemy ci twój pokój i łazienkę.
Kiedy szłam korytarzem nie wiedziałam czego się spodziewać. Starych mebli i ozdóbek rodem z lat pięćdziesiątych?
- Tutaj mamy łazienkę. Niestety musisz ją dzielić z chłopcami. Moja sypialnia jest na dole, zaraz za hallem. - pokazywała mi nowe miejsca otwierając przy tym drzwi. Łazienka była skromna lecz dobrze wyposażona. Nie zniechęcało mnie to, ze będę dzieliła łazienkę z trzema chłopakami. - A tutaj masz pokój Lukea i Jaia. - otworzyła drzwi do ich pokoju, a moim oczom ukazało się piętrowe łóżko. - Jai śpi na dole, Luke u góry. Nie patrz na ten bałagan, kochanie. Nie zdążyłam zgarnąć ich do sprzątania. A teraz czas na twój pokój. Ach! Zapomniałabym! Mam jeszcze Beau! No tak, jego pokój znajdziesz na końcu tego korytarza. Widziałaś drzwi z tabliczką "BEAU", prawda? To tam. A teraz chodź, chodź! - kobieta była wyraźnie podekscytowana moją reakcją. - Czasami nocuje u nas Ariana. To dziewczyna Jaia. Ale teraz to będzie twój pokoik. No dalej! - zachęcała mnie. Sprawa z tą całą tajemniczą Arianą w końcu się zakończyła.
Gina - mama Brooksów otworzyła przede mną śnieżnobiałe drzwi. Weszłam do pomieszczenia, a zaraz za mną Gina oraz całe stado chłopaków. Dokładnie przyglądałam się pokojowi. Miał białe ściany. Z sufitu wisiała kula - krzesło koloru błękitnego. Był to tak czysty błękit, że moje oczy nie chciały oderwać się od kuli. Przy przeciwległej do nas ścianie stało łóżko, zaś po jego prawej stronie było duże okno z niebieską zasłonką. Łóżko było dwuosobowe, a na nim niebieskie oraz białe poduszki. Tak samo nakrycie na kołdrę oraz poduszkę było niebiesko - białe. Był tu też niebieski stoliczek nocny. Na ścianach wisiały puste półki. W rogu pokoju zmieściła się zaokrąglana szafa, było to wręcz półkole koloru białego z niebieskimi paskami. Obok krzesła stała lampa. Była chyba jedyną rzeczą która ożywiała cały ten cudny pokój. Na podłodze leżał niebieski, puszysty dywanik. Miałam też drzwi prowadzące do łazienki.
Ginna oraz chłopcy byli wyraźnie zadowoleni z mojej reakcji.
- Nie byliśmy pewni, czy ci się tu spodoba. Ale ty sama pasujesz do wystroju wnętrza! - żartowała Gina. - Sama postawiłabym cię o tam, z drugiej strony krzesła! - zaklaskała w dłonie. - Dobra chłopcy! Nie będziemy dłużej przeszkadzać naszemu szanownemu gościowi.

Kiedy już (jak byłam pewna) wszyscy wyszli otworzyłam walizkę. Już miałam z niej wyjmować czyste ubrania, kiedy ktoś rzucił się na łóżko.
- Zazdroszczę ci tego pokoju. - wyciągnął się wygodnie. - Taki cud, miód i orzeszki.
Zaśmiał się cicho. Nie spuszczał ze mnie wzroku, a ja robiłam to samo.
- To się do mnie wprowadź. - palnęłam głupstwo. Luke zlustrował mnie wzrokiem po czym parsknął śmiechem. Ukrył twarz w poduszkach, ale długo jeszcze po tym słyszałam jego chichot.
- Tylko się nie śmiej. - podeszłam do niego i usiadłam na łóżku. Delikatnie dotknęłam jego ramienia na co on odwrócił głowę. Zobaczyłam jego łobuzerski uśmiech i zaraz potem wylądowałam na podłodze.
- Luke, pomóż mi wstać! - wyciągnęłam rękę w jego kierunku. Złapał haczyk i podał mi dłoń. Pociągnęłam go z całej siły na dół i już po chwili znajdował się tuż obok mnie. Zaczął mnie łaskotać, a ja śmiałam się w najlepsze.
- Ze mną się nie zadziera! - warczał żartobliwie. - Luke jest niezwyciężony!
Kiedy przestał mnie łaskotać złapał mnie za nadgarstki. Położył mi swoją głowę na brzuchu. Jaki on był słodki kiedy tak leżał i nic nie robił. Zastygłam w bezruchu wpatrując się w jego oczy. Pod wpływem światła kolor jego oczu zmienił się z ciemnego na jasny brąz. On chyba też wpatrywał się w moje oczy. Oblizał wargi i puścił moje nadgarstki.
- Pójdziesz w końcu do łazienki? - puścił mi oczko.
- Skoro na mnie leżysz to raczej się nie ruszę! - mój głos zadziwiająco piszczał.
- No już, już idź. Zaraz jedziemy do Skipa.
Wstałam z podłogi i zaczęłam grzebać w walizce w poszukiwaniu czegoś co nadawałoby się do ubrania. Po raz pierwszy w życiu frustrowało mnie to, że cała moja garderoba była cała w ciemnych kolorach. Jedynym wyjątkiem były moje puszyste botki oraz pidżama.
Sprawdziłam czy Luke już wyszedł, a kiedy szłam do łazienki wpadłam na niego z takim impetem, że wylądowałam na podłodze.
- Nic ci nie jest? - spytał gdy pomógł mi wstać. Sprawdzał czy mam nogi, ręce oraz głowę całą po czym wyszedł.
Zamknęłam wszystkie drzwi prowadzące do łazienki na klucz. Aż dziwne, ale było ich trzy - od pokoju bliźniaków, mojego oraz Beau. Weszłam pod prysznic i ustawiłam strumień wody na ciepły. Woda przyjemnie rozgrzewała moje ciało. Wtarłam w siebie mój olejek truskawkowy. Przyjemna woń rozlewała się po pomieszczeniu. Ubrałam szlafrok i rozczesywałam włosy. Na chwilę wyszłam do pokoju po suszarkę, by je w miarę szybko wysuszyć. Przebrałam się w przyszykowane rzeczy i zeszłam na dół, gdzie jak myślałam będą wszyscy na mnie czekali.
Poszłam do kuchni, gdzie spał śliczny pies. Pogłaskałam go za uszkiem. Moją uwagę przykuły zdjęcia na komodzie w salonie. Były różne, kolorowe i te czarno - białe. Były tam małe dzieci - to z pewnością Luke, Jai i Beau. Była też Gina.
- Już zdążyłaś się zaznajomić ze zdjęciami? - głos dochodzący zza ściany wyrwał mnie  zadumy. Oblałam się rumieńcem po czym zobaczyłam Beau. - Ładnie, co nie? - mówił wskazując na zdjęcia. - To zrobiliśmy kiedy urodzili się bliźniacy. O, a to było w dniu moich jedenastych urodzin!
- A to? - wskazałam na zdjęcie bez ramki, trochę wytarte i zniszczone. Beau wziął je do ręki.
- To jest nasz tata. - małym palcem wskazał na człowieka w garniturze trzymającego na rękach dwójkę noworodków. Na jego kolanach siedział najstarszy z Brooksów, a ich matka objęła mężczyznę rękoma. - Zdjęcie stare jak świat. - odłożył je na miejsce. - Gotowa? Masz kluczyki i
wsiadaj do auta.
Złapałam klucze i powolnym krokiem wyszłam na podwórko. Auto stało zaparkowane przed domem. Weszłam do środka pozostawiając kluczyki na siedzeniu kierowcy. Zapięłam pasy i czekałam.

- Jesteście już! Witamy, witamy w naszych skromnych progach. - grubsza kobieta wyszła nam na powitanie kiedy wnosiliśmy walizki Tinniego. - Ty kochanie musisz być Tom, prawda? A tu twoja siostra! Charlie! Zdejmujcie buty, wchodźcie, wchodźcie! - w przedpokoju zrobił się straszny gwar. Matka Skipa zaganiała nas do pokoju gościnnego.
- Daniel! Pomóż chłopczykowi zanieść walizki! - krzyczał ojciec Daniela.
- Pomogę ci. - nie wiem co we mnie dzisiaj wstąpiło, ale chyba dostałam jakiegoś kręćka. Wzięłam torbę podróżną Tinniego, a on powłócząc nogami szedł za mną. Na końcu, taszcząc jego ciężką walizkę szedł Daniel i Luke.
- Pierwszy na lewo! - zawołał, przeraźliwie dysząc Skip. Weszłam do pierwszego pokoju na lewo.
Bardzo różnił się od mojego - miał czerwone ściany, dywan w auta, jednoosobowe łóżko oraz szafę z namalowanymi autkami. Oczywiście, że dla Toma był to raj, ale wyobrażam sobie co by było gdyby stało tu piętrowe łóżko.
Postawiłam jego torbę na krześle i zeszłam na dół. Luke i Daniel chyba jeszcze o czymś rozmawiali, ale uciekło to mojej uwadze.
Zaskoczył mnie widok Beau, Jaia oraz Jamesa idących ku mnie z szeroko rozpostartymi ramionami. Czy oni się nigdy nie nudzili? Mieli dziwne, złowrogie miny, a gdy doszli już do mnie rzucili mi się na plecy. Jeden po drugim i wszyscy razem przytulali mnie, obściskiwali i całowali gdzie tylko popadnie.
- Jak mogliście tak beze mnie! - aż podskoczyłam kiedy Luke wydarł się na całe gardło po czym skoczył mi na plecy. Z trudem utrzymałam równowagę, ale już po kilku sekundach leżałam powalona na ziemi. I znowu się przytulali. Dziwne, sprawiało mi to wielką radość. Nie mogłam pochamować śmiechu, a kiedy wiłam się na podłodze w ich objęciach dostałam soczyste pięć buziaków naraz w policzka. Zarumieniłam się jak głupia.
- No panowie! Misja zakończona sukcesem! - wołał Beau. - Miki Mouse w końcu się uśmiechnęła!
Jak na zawołanie wszyscy zaczęli krzyczeć. Zjawiła się też mama Daniela z aparatem. I już po chwili mogliśmy podziwiać nasze miny, które porobiliśmy do zdjęcia.

- Może coś zjecie? - pytał się raz po raz ojciec Skipa, pan Sahyounie. Za każdym razem odmawiałam modląc się, by nie dołożyli mi jeszcze sałatki. Byłam tak wyczerpana, że oczy same się zamykały. Beau widząc to grzecznie przeprosił i powiedział, że chciałabym się pewnie przespać. Już po kilku minutach siedziałam na tylnym siedzeniu jego autka razem z Brooksami. James miał jeszcze odwiedzić dziewczynę, która mieszka niedaleko więc mogliśmy zrezygnować z podwiezienia go do niej.
Ułożyłam się wygodnie na siedzeniu. Cóż to był za dzień! Ciekawe czy Tommiemu będzie się podobało w domu Daniela. I czy w ogóle zadzwoni z tej komórki, którą dała mu mama. Zapisał sobie mój numer? Nie pamiętam. Nawet Skip nie ma mojego numeru! Ani James! Muszę dać im go później...
Ziewnęłam i zapadłam w lekki sen. Jeszcze w ostatniej sekundzie gdy zasypiałam poczułam jak ktoś przykrywa mnie kurtką, a potem moja głowa osuwa się na jego ramię.

*Luke*
Kiedy zasypiała pomyślałem, że może jej się zrobić zimno. Zdjąłem kurtkę i przykryłem nią Charlie. Nie wiem, czy wtedy już spała czy zrobiła to umyślnie, ale osunęła głowę na moje ramię. Miałem straszną ochotę pogłaskać ją po włosach, dotknąć jej policzków, nosa i ust. Zbadać każdy milimetr jej twarzy i wpatrywać się w śpiącego anioła. Jednak wiedziałem, że w aucie nie jestem sam. Beau na pewno zafundowałby mi docinki typu "Lukey się zakochał!" przez co najmniej pół roku. Nie chciałem też żeby mój brat bliźniak zorientował się, że Charlie jest mi bliska. Właściwie to nie wiem jak to się stało. Po prostu polubiłem ją. Myślę, że jesteśmy w połowie do siebie podobni. I chociaż często mnie to denerwuje to ciągle mam ochotę z nią rozmawiać i patrzeć na jej śliczne oczy.

*Beau*
Właśnie byliśmy w drodze do domu. W lusterku zobaczyłem jak Miki Mouse zasypia, a potem położyła głowę na ramieniu mojego brata. Była cudowna - zarazem denerwująca, słodka i taka... bezbronna. Poczułem się tak jakbym miał nowe rodzeństwo, jakby Charlie była moją młodszą siostrzyczką, którą trzeba chronić. Przypuszczam, że Luke i Jai też o tym pomyśleli.
Poczułem ucisk gdzieś tam w sercu. Kiedy spała wyglądała jak śliczny aniołek. Na dodatek uśmiechała się przyjaźnie przez sen.
- Mam nadzieję, że śni ci się coś dobrego. - mruknąłem pod nosem, tak by reszta nie zdąrzyła wyłapać moich słów.

*Jai*
Esemesowałem z Arianą prawie całą drogę powrotną. Czasami tylko przerywałem by przyjrzeć się śpiącej Lie, Beau lub Lukeowi. Jechaliśmy w ciszy. No, możne nie w absolutnej ciszy, ponieważ co chwilę wibrowała moja komórka.
- "Jest już u was w domu?" - temat zszedł na Charlie. Ariana była wszystkiego ciekawa, jak wygląda nasz gość, jaka jest i co robi.
- "Właśnie jesteśmy w drodze do domu." - wyjaśniłem.
- "Wiem, że to dużo kilometrów, a nawet więcej, ale mogłabym przylecieć do was?" - pytała. - "Wiesz, Charlie miałaby koleżankę." - dodała szybko.
Uśmiechnąłem się w myślach na myśl o tym, że Ariana mogłaby spędzić ze mną całe dwa miesiące. To znaczy ze mną, chłopakami i Lie.
- "Zapytasz się mamy, prawda Jai?" - Ariana stosowała swoją taktykę. Nie miałem nic przeciwko temu, w końcu za to ją przecież kocham. Tylko... Musiałaby spać z Lie w jednym łóżku. Wiem, że Ari pewnie by się zgodziła, ale czy dla Charlie nie byłoby to zbyt krępujące spać z nieznajomą dziewczyną?
- "Jasne. Tylko... Ona zajęła twój pokój."
- "Spróbujesz się jej zapytać czy nie zezwoliłaby mi na pomieszkanie w nim?"
- "Okey, ale nie licz na to, że szybko to załatwię. Ona jeszcze nie ma do nas zaufania. Zresztą jest trochę... Inna. Bardziej powściągliwa. Ale słyszałem od matki Skipa, że dużo w życiu przeszła."
- "Najwyżej będę spała z tobą."
- "Przepraszam. Już dojeżdżamy, a Lie zasnęła. Musimy wysiadać. Kocham cię."
- "Ja ciebie też. Pozdrów chłopaków i nie zapomnij! Ucałuj ode mnie Charlie"

poniedziałek, 29 lipca 2013

Rozdział II - Luke

Stanęliśmy w kolejce. Było bardzo tłoczno, niekiedy nawet brakowało mi tchu, ponieważ stojący przede mną Beau i chłopcy, którzy byli za mną wpadali na siebie. Czułam się jak ogórek w słoiku, albo i gorzej. Ze zdumieniem zauważyłam ceny jedzenia preferowanego przez ten fast food. Wszystko co bym tu nie kupiła wykraczało poza mój skromny budżet. Kiedy odchodziłam z kolejki złapał mnie za ramię. Luke. Potem Skip zaczął mi wyjaśniać, że jego matka postawiła wszystkim po "skromnym śniadaniu". Mówił też coś zupełnie niezrozumiałego dla mnie. Powtarzał jak to cudownie, że przyjechałam.
- Hej, ponura! - krzyknął któryś z chłopców. - Wrzuć na luz!
To był Jai. Gdy wymawiał słowo "luz" udawał, że dryfuje na falach. Ani mi się śni! Nie potrafię... Tak przy obcych ludziach. No bo ile ja ich mogę znać? Godzinę? Dwie? Nie mam jeszcze do nich zaufania. W ogóle nie są zbyt sympatyczni. No może z wyjątkiem tego z czarnymi włosami - Jamesa. No i Beau stara się być miły. Daniel zresztą też. Może nie ma aż tak źle? Dobra Charlie. Wrzuć trochę wsteczny. Zagalopowałaś się. Nie wyjdź na kompletną wariatkę. Tak jak poradził ci Jai - wrzuć na luz!, rozkazuję sobie w myślach, a ku Jaiowi posyłam wymuszony uśmiech.
- Tak lepiej ponura. - odsłonił rząd białych zębów. To aż straszne, że jego brat bliźniak nie uśmiech się tak często jak on. Przeniosłam wzrok na Lukea. Stał zamyślony, przyglądając się czemuś, co właśnie wyjęto z lodówki. Dałabym sobie głowę odciąć, że to jest surówka z zeszłego tygodnia.
- To nie ponura! - krzyczy Beau, aż w uszach świszczy. - To Miki Mouse!
Puszcza do mnie oczko, a ja zastanawiam się dlaczego akurat Miki Mouse. Mogło być tyle innych przezwisk... Nawet ta "ponura" dokładnie mnie określa. Każdy obecny w pomieszczeniu, który uważnie przysłuchał się naszej rozmowie zwrócił oczy w stronę Beau. Nic sobie z tego nie robił. Jeden dzieciak nawet z wrażenia otworzył buzię, ale jego mama zaraz kazała mu przestać się gapić.
Stałam tak jak jakiś odludek. Wszyscy plotkowali, rozmawiali i śmiali się, a ja? Ja tylko stałam i czekałam, aż chłopcy coś zamówią.
- Co jesz? - aż podskoczyłam kiedy usłyszałam szept Luka. Chciałam już mu coś powiedzieć niemiłego, ale po co właściwie to?
- Nie wiem. - wyznałam. - Nigdy wcześniej ie kupowałam jedzenia w fast foodach. - zrobiło mi się głupio. Przecież każdy normalny dzieciak jada przeciętnie raz na trzy - cztery miesiące właśnie tutaj. A ja? No tak, przecież Charlie Mia nie jest normalna! Charlie Mia to odludek, któremu nie jest dobrze na świecie. Ma nudne życie w którym nic się nie dzieje i nie posiada przyjaciół.
- To może skosztujesz hamburgera, nuggetsy, colę i małe frytki? - zaproponował. - Też to biorę. A potem jak jeszcze mi się uda to po małym lodzie. Zamówić ci?
Przytaknęłam. Nawet nie wiedziałam co to te nuggetsy. Może coś w rodzaju sałatki dużo kalorycznej? Albo... zaraz! Czy ja właśnie pozwoliłam żeby zadecydował za mnie ktoś obcy?
Charlie. Charlie, uspokój się. Znasz już chłopaków. Tam jest Skip, Beau przed tobą. Jest jeszcze James i bliźniacy - Luke i Jai.
- Pójdziesz zająć stoiki? Najlepiej na zewnątrz, chociaż Beau pewnie będzie w środku. - spytał, a ja posłusznie wyszłam. Nie musiałam długo szukać wolnego stolika. Na tarasie nie siedziało zbyt dużo ludzi. Może dlatego, że zanosiło się na deszcz?
Naciągnęłam na głowę kaptur i usiadłam przy stole. Chwilę potem dołączył do mnie Jai siadając naprzeciwko.
- Lukey już idzie. - poinformował mnie. - Tommy też.
- Co zamówił? - dlaczego go o to spytałam?!
- Zestaw... W sumie to bardzo dobry zestaw. Małe frytki, hamburger, jabłko, cola... - przelotem zerknął na moją twarz. - A ty co wzięłaś?
- Nie wiem. Luke mi coś wybrał. - mój towarzysz uniósł jedną brew do góry.
- I jeszcze przyniesie to jedzenie tutaj? - zmarszczył nos. - Nam zawsze każde iść po swoje tace.
Posłał mi serdeczny uśmiech i już go nie było. Razem z jedzeniem oczywiście.
- Nuggetsy, zimna cola, frytki i do tego hamburger. - puścił mi oczko. - Wcinaj.
Położył przede mną tacę z jedzeniem. Na chwilę wstrzymałam oddech kiedy otwierałam pudełeczko nuggetsów, a potem z głośnym świstem wypuściłam powietrze. Ulżyło mi.
- Liczyłaś, że nuggetsy to nie będzie mięso?
- Nie wiedziałam co to jest. Ale mi ulżyło! - w triumfalnym geście uniosłam ręce do góry. - A gdzie reszta?
- Jedzą tam. - wskazał głową budynek. - Nie mają ochoty jeść pod parasolem w deszczu.
Zaśmiałam się cicho.
- A ty lubisz? - spytałam, a on spoważniał.
- Zależy kiedy. I gdzie. No i z kim. A ty?
- Nigdy nie jadłam na deszczu. - coraz łatwiej mi się z nim rozmawiało.
- Mogę ci zadać parę pytań? - spytał nagle.
- Jeśli nie będą one dotyczyły tego ile miałam w swoim życiu chłopaków i przyjaciół to tak, możesz. - rozbawiłam go.
- A ile miałaś w swoim życiu chłopaków. I przyjaciół? - doprawdy, nie wiem jak on to robił, że tak swobodnie mogliśmy rozmawiać na tematy, które zazwyczaj przyprawiały mnie o złość.
- Zero. - byłam ciekawa jego reakcji. - Po prostu zwykle byłam sama.
- Zero wypadów do McDonalda, zero śmiechów, zero zabawy? Naprawdę nigdy nie miałaś koleżanki? Kolegi? Nigdy?
- Jedynym moim przyjacielem był Guffy. - spochmurniałam. Luke czekał na wyjaśnienia. - To mój pies. Zmarł... To znaczy zdechł rok temu.
Odwróciłam głowę. Na swoim ramieniu poczułam jego ciepłą rękę. Byłam pewna, że czuje jak się trzęsę.
- Przepraszam. Nie wiedziałem. - zero oryginalności, myślę. Nie lubiłam kiedy ludzie w takich momentach mówili jak im przykro. - Drżysz z zimna czy... - nie dokończył, ponieważ mu przerwałam.
- Wejdziemy do środka i zapomnimy o tej sytuacji, dobrze? - zdjął szarą bluzę która miał na sobie i zarzucił mi na ramiona.
- Mam nadzieję, że drżysz z zimna. Przepraszam. - nieświadomie dotknął palcami mojej ręki co wywołało u mnie falę eksplozji. Razem z moją tacą weszłam do budynku, gdzie panował taki chaos, że nie mogłam się skupić. Wzrokiem wyszukałam swojego brata. Siedział na kolanach Beau popijając zimną colę. Obaj byli uśmiechnięci od ucha do ucha i widać było, że się polubili. Podeszłam do nich i usiadłam na krześle obok Daniela wypatrując przy tym czy Luke poszedł za mną. Dalej siedział na dworze w samotności. Miałam wrażenie, że go trochę przybiłam. To tak samo jakbym kopała leżącego próbując go podnieść.
- Skończyłaś już? - pytanie Jamesa odwróciło moją uwagę od jednego z bliźniaków.
- Prawie. - bezgłośnie pociągnęłam łyk coli i zjadłam parę frytek z nuggetsami. Jedzenie nie jest takie złe.
Timmy jadł, aż mu si uszy trzęsły i albo ja, albo któryś z chłopców musieliśmy mu przypominać by nie jadł tak szybko. Wyglądało to tak, jakby mama głodziła go od wieków! Dyskretnie kopnęłam go pod stołem w kostkę. Na szczęście mały nie był na tyle głupi by nie załapać o co chodzi i od tamtej chwili jadł już wolniej.
Dokańczając swój posiłek modliłam się by Lukey się na mnie nie obraził. W sumie to dziwne, ale tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Więc kiedy powoli otwierał drzwi i podchodził do nas z miną typu "Padnę na kolana i wycałuję ci stopy jeżeli mi nie zechcesz wybaczyć". Był taki uroczy, a przy tym taki nieśmiały! Przysiadł na końcu ławki obok mnie, jakby bał się, że zechcę go pogonić. Ale ja jadłam dalej. Kiedy już zorientował się, że nie chcę mu nic zrobić przysiadł się bliżej tak, że czułam jego oddech na skórze. A co jeśli reszta coś sobie pomyśli? Na pewno nie chciałam żeby stwierdzili, że ja i Lukey jesteśmy parą.
- Mógłbyś dać mi trochę miejsca? - spytałam szeptem wskazując na swój skrawek ławki. Jak oparzony odskoczył ode mnie po czym usadowił się znowu na końcu ławki. Ten chłopak mnie kiedyś wykończy, a chociaż znam go dopiero od paru godzin!
Kiedy już wszyscy skończyliśmy usadowiliśmy się wygodnie w aucie. Nie obyło się też bez drobnej sprzeczni, ponieważ teraz to Jai chciał jechać w bagażniku na co nie pozwalał mu Daniel. W końcu decyzję podjął Beau. Postanowił, że teraz żeby było bardziej sprawiedliwie w bagażniku pojedzie Jai.

- To... - nie miałam pojęcia jak zacząć rozmowę o tym, ze podobno nie mam gdzie nocować. - To gdzie ja... Będę spać?
Wszyscy spojrzeli jeden na drugiego nic się nie odzywając. W końcu dostałam odpowiedź.
- U Brooksów. O ile się zgodzą. - głos Daniela zniżył się do szeptu. - Luke, Beau, Jai?
Całą trójka zgodziła się bym zamieszkała u nich. Przynajmniej na ten tydzień.
- A wasi rodzice? Nie będą mieli nic przeciwko? - dopytywałam.
- Jeśli mama się nie zgodzi to przeniesiemy cię do Ariany. - teraz to Jai z bagażnika zabrał głos.
- Nie bój żaby, pomieszkasz u nasz jakiś miesiąc, drugi możesz spędzić u Ariany. - kto to był ta Ariana?

piątek, 26 lipca 2013

Rozdział I - McDonald

Maluję. Tak, właśnie maluję, by zapomnieć. Zapomnieć o wszystkim i wszystkich. Zapominam kim jestem, zapominam po co oddycham. Moja klatka piersiowa porusza się płytko, jakbym spała. Jedno pociągnięcie pędzlem i po mnie, myślę.
Zmarszczyłam czoło i wciągnęłam do nozdrzy zapach farb olejnych. Właśnie stałam nad sztalugą wykańczając obraz nad którym pracowałam przez całe miesiące. Przedstawiał on matkę z malutkim dzieckiem, które trzymała na kolanach. Po policzkach kobiety spływały słone łzy - bólu i smutku, które towarzyszyły jej pożegnanie z córką. Przytula ją mocno, całuje w drobne rączki i oddaje pulchnej kobiecie w fartuchu. Kobieta ma jasne, słomiane włosy opadające jej luźno na ramiona oraz delikatne rysy twarzy. Oczy ma koloru szarego, jakby spalone ogniem, a usta wąskie.
Pulchne ręce obejmują drobne ciało dziecka, które nie uroniło ani jednej łzy tylko tępo patrzyło przed siebie. Potem następuje ciemność - przerażająca i okrutna, która porywa w swe szpony dziewczynkę.
Działo się tak naprawdę, pewnej dusznej nocy. Kobieta o ciemnej karnacji z dużym, ciężkim wisiorem oddawała swe dziecko obcej kobiecie, mając nadzieję, że uchroni dziewczynkę przed głodem.
To byłam ja. Charlie Johanna Mai, córka Patrice Mai, siostra Toma. Ta sama, nieskazitelnie nudna co przed piętnastoma laty. Nawet nie płakałam po rozstaniu z matką. Nie płaczę często, bo po co? Żeby inni śmiali ci się prosto w twarz? Żeby mieli co ci wypominać kiedy będziesz kroczyła wąskim korytarzem? Jeśli już płakać, to w ukryciu. Tak, by inni nie widzieli cię i nie słyszeli.
Zdarzenie jak ze snu, nie mogę go pamiętać! A jednak... Pamiętam chwile kiedy byłam niemowlakiem, kiedy stawiałam pierwsze kroki, ale najbardziej w pamięć zapadł mi jej uśmiech - taki ciepły i pogodny, dający nadzieję.
Do mojego pokoju wbiegł Tommy i rzucił się na moje łóżko. Nie mam siły wyrzucać go za drzwi, więc siedzimy w bezruchu. Ja - przyglądająca się obrazowi, on patrzący na mnie. W końcu nie wytrzymał i zaczął skakać po łóżku.
- Twój obraz... - zaczął ściszonym tonem. - Jest taki...
- Dziwny. - przerwałam mu na co on tylko pokręcił głową i wystawił czubek języka przed siebie.
- Namaluj mój portret, o tak! - podniósł rękę i wskazał na swój język. Pokręciłam tylko przecząco głową i zabrałam się za dalsze lustrowanie obrazu.
- To mama? - nawet nie zauważyłam kiedy znalazł się obok mnie. Opuszkami palców dotknął mojej dłoni. Jak na sześciolatka był bardzo uczuciowy. - Piękna.
Czasami chciałabym wiedzieć co siedzi w jego głowie, o czym myśli kiedy się uśmiecha lub smuci. Jak to jest, że sześciolatek jest bardziej dorosły emocjonalnie ode mnie? Jak to jest, że on radzi sobie z większymi problemami niż moje?
- Wyjdź. - czułam, że zaraz się rozpłaczę. - No wynoś się stąd! - krzyknęłam i rzuciłam w jego umykającą postać poduszką. Chybiłam.
Cisnęłam pędzel na podłogę opadając na krzesło, które stało za mną. Schowałam twarz w dłoniach i czekałam. Na co?
Czekasz na zbawienie?, mówiły moje myśli. To sobie jeszcze poczekasz. Poczekasz sobie długo, oj tak! Czułam jak łzy cisną mi się pod powieki, jak gula w moim gardle staje się coraz większa i większa, jak mój język schnie na wiór i jak szczękam zębami.
Dwie pary drobnych, kościstych dłoni czule głaskało mnie po plecach. Już dobrze, jest lepiej, prawda? Proszę, powiedz, że jest lepiej. Nie odtrącaj naszej pomocy. Nie stocz się na samo dno. Otwórz się na nas, ujawnij co cię gnębi. Proszę, nie rób mi krzywdy, chcę tylko pomóc. Schwyć moją dłoń.
- Przestań! - mówię sama do siebie. - Przestań mówić mi co mam robić!
Zakrywam uszy dłońmi i przyciskam je tak mocno, że na chwilę od oderwania ich tracę słuch. Wypijam szklankę gorącego kakao z łyżką cynamonu i robię się senna. Jej ręce kładą mnie na miękkiej pościeli i otulają puszystą kołdrą. Ściągają mi z nóg białe, puszyste botki i kładą je obok
łóżka, a potem głaszczą po policzkach. Tak ukołysana do snu zasypiam.

Budzi mnie przerażające wycie. Dochodzi ono z łazienki obok pralni. Pędem zbiegam po schodach dzielących mnie od łazienki i natychmiast otwieram drzwi. Przede mną stoi Cookie - mój pies. Cookie jest niewidomy, ale świetnie sobie radzi. Jego dwukolorowa sierść nie kuje, wręcz przeciwnie. Cookie jest zadbanym szczeniakiem z pobliskiego schroniska. Przez pół roku wałęsał się sam po lesie. Czasami śmiejemy się z powiedzenia, że on wie co to sztuka przetrwania.
Wzięłam kudłacza na ręce i nalałam do jego miseczki mleka. Postawiłam go na ziemi i zaczęłam głaskać, a on chlipał mleczko. Kiedy skończył cały pyszczek miał biały, a jego język oblizywał mokry nosek.
Ubrałam szlafrok wiszący na wieszaku w przedpokoju i zrobiłam sobie ciepłe kakao. Więc tak to teraz będzie wyglądało? Będzie budził mnie pisk dochodzący z łazienki...
Szybko zgarnęłam z stołu mój szkicownik i ołówki i zaczęłam szkicować. Cookie, najpierw ten jego charakterystyczny ogonek z pióropuszem na końcu, później małe łapki, a na końcu pyszczek. Zerknęłam na kartkę i na psa. Wyszli tak samo. I nagle w mojej głowie ożyły wszystkie myśli, przypomniałam sobie jak bardzo płakałam kiedy zabierano Cookiego na operację, by uratować mu wzrok.
- Teraz już rozumiem. - mówię sama do siebie. - Mój ty Aniołku Stróżu.
Głaszczę psiaka po jego miękkiej niczym puch sierści, jego mokry języczek liże moje policzko. Domaga się więcej mleczka - to jasne. Sięgam do lodówki, ale nie daję już swojemu pupilowi napoju. Zamiast tego wyjmuję schłodzoną puszkę z karmą dla kotów oraz pomarańczowy soczek w kartoniku.
- Masz ochotę na jedzonko? - jedną ręką otwierałam puszkę z kocią karmą, a drugą wyjmuję słomkę.
Popijam soczek, a Cookie w błyskawicznym tempie konsumuje zawartość puszki.
Mój pies jest w stu procentach pokręcony. I chociaż dostał niezłego kopa w swoje cztery litery od losu to i tak jest szczęśliwy - albo tak dobrze udaje.
Do kuchni weszła mama, za nią jak cień włóczył się Tiny. W lewej ręce trzymał misia, jego zbyt długie nogawki od spodni włóczyły się za nim. Wolną ręką przetarł zaspane oczka, a jego usteczka wygięły się w małą podkówkę.
- I ty jesteś facetem. - mówię żartobliwie. - Nawet spać sam nie możesz.
Od razu pożałowałam tych słów, ponieważ dzieciak rzucił się na mnie i małymi piąstkami zaczął uderzać i wymachiwać w moją stronę.
- Miałem koszmary. - wyjaśnił, kiedy już się uspokoił. - Śniło mi się, że goni mnie wielki tygrys i pożarł Pana Jojo.
Pan Jojo to ulubiona zabawka Tinniego.
- Już dobrze. - przytuliłam go. - Na następny raz obudź też mnie kiedy będziesz miał zły sen, dobrze.
Brat dostał ode mnie całusa w policzek i pobiegł zarumieniony przebrać się w ubrania. Obok mnie usiadła mama, widać było, że siliła się na spokój.
- Wiesz Charlie. - chwyciła moją dłoń. - Mamy teraz wakacje, mało czasu i pieniędzy dla siebie. Pomyślałam, że dobrze by było, żebyście gdzieś odpoczęli, gdzieś za granicą. - w jej oczach widziałam łzy.
- Nie pojedziesz z nami, prawda? - spytałam cichym, bezbarwnym głosem. Kuliłam się w sobie, a w gardle rosła wielka, wielka, naprawdę ogromna kula.
- Muszę trochę popracować. Gdy wrócicie, wszystko będzie dobrze. Obiecuję. - puściła moją dłoń, a ja by uchronić się przed upadkiem z krzesła chwyciłam się jego poręczy.
- Więc... - starałam się, by mama nie poznała po moim głosie, że jest mi smutno. - Więc gdzie pojedziemy?
- Do mojej starej przyjaciółki. - zerknęła na mnie. - Do Australii. Rozmawiałam już z nią o waszym przyjeździe. Zgodziła się pod warunkiem, że nie będziecie jej przeszkadzać w pracy. Odwiozę was na lotnisko. Gdy już wylądujecie macie wziąć taksówkę i stamtąd dojechać do Melbourne. - gadała jak nakręcona. - Poczekacie przy starej fontannie w mieście. To zaraz obok Centrum Handlowego. Peggy po was przyjedzie, albo wyśle kogoś.
Przytuliła mnie. Tak po prostu.
- Eh, Charlie. Jak ja ci zazdroszczę. Przed tobą całe dwa miesiące beztroskiej...
- Nudy. - dokończyłam.
- Jestem pewna, że jeśli nie będziecie razem z Tomem zwiedzać to znajdziecie sobie wspaniałych przyjaciół. - ujęła moją twarz w dłonie. - Dacie sobie beze mnie radę?
- Damy. Obiecuję. - lekko odepchnęłam jej ręce. - Gdzie dokładnie się wybieramy?
- Melbourne, Australia. Spakuj wszystkie potrzebne rzeczy, nie bierz zbyt dużo koszulek na ramiączkach. Pegg mówiła, że są tam okropne wahania wilgoci i często w wakacje pada. Zabierz swoje puszyste botki. Charlie. Charlie, no już. Nie martw się. Uszy do góry, to tylko dwa miesiące. Co się może zdarzyć w tak krótki czas? No co? - nie wiem dlaczego uciekłam z kuchni.
Nie miałam się z kim żegnać, kogo pocieszać, że wyjazd do Melboune to tylko skromne wakacje. Sama nie wierzyłam, że ja i Tinny zostaniemy tam tylko na okres lata. Przecież gdyby tak było naprawdę mama powiedziałaby nam o tym wcześniej, albo wysłała mnie do pracy! Stało się. Stało się coś. Musiało się stać. Przecież mama też chce odpocząć. Pewnie nie chciała mnie urazić i wymyśliła tę wymówkę z brakiem czasu. Najważniejsze teraz to nie narobić jej kłopotu i pomagać.
Wyjęłam walizkę z pod łóżka. Rozpięłam zamek błyskawiczny. Co zabrać? Buty, trampki, skejty. Zimowe buty brać? Przecież one są na jesień przygłupia! Bierzemy. Puszyste botki, ciepłe skarpetki.
Sukienki? Spódniczki? Nie, jeszcze wyjdę na ofiarę. Spodnie - te czerwone, czarne. Alladynki i dżinsowe, krótkie. Z obniżonym krokiem. Luźne koszulki, T - shirty - czarne. Parę kolorowych podkoszulków, dwa ciepłe swetry. Czapki, rękawiczki, chustka. Przybory do makijażu które używałam tylko na co dzień. Gumki do włosów, grzebień, rzeczy do pielęgnacji ciała, szampon. Kurtka?
- Kurtkę będziesz miała w podręcznym bagażu. - przyszedł Tinny. Usiadł na podłodze i przyglądał się moim farbom i pędzlom. - Weźmiesz je?
- Nie.
- Zabiorę parę dla ciebie do swojej walizki. Jeśli chcesz. - dodał.
- Dzięki, ale raczej nie będę malować. Spakowany już? - zaprzeczył. - Pomogę ci. - zaoferowałam na co w moim pokoju pojawiła się jego walizka i rzeczy które chce zabrać.
Kiedy byliśmy już gotowi mama pojechała na lotnisko kupić nam bilety i sprawdzić o której mamy najwcześniejszy samolot.
Zniosłam nasze walizki i podręczne bagaże i usiadłam w salonie. Był niewielki, nie opływał bogactwem, nie był on zrobiony na pokaz. To był kącik mamy - zawsze przesiadywała tu kiedy tęskniła. Zastanawiałam się czy będziemy do siebie pisać, czy będzie jej bez nas smutno i czy w ten czas kiedy my będziemy się zanudzać na śmierć w starym Melbourne ona znajdzie sobie nowego faceta. Zwykle tak było - dzieci nie ma w domu to ona od razu wszystkim wskakiwała do łóżka. Czasami myślę, że to chore, ale później uświadamiam sobie co zrobił jej tata. Wcale się jej nie dziwię, musi strasznie tęsknić.
Około dziesiątej wieczorem wróciła. W rękach trzymała dwa bilety najniższej klasy do jakiegoś miasta, pewnie leżącego obok naszego celu. Wręczyła nam bilety i oznajmiła, że musimy wstać równo o dwunastej w nocy, ponieważ są duże korki.
Duże korki to ty masz w nocy, tak?, odgryzłam się w myślach. Po prostu wspaniale! Zmiana strefy czasowej o osiem godzin jeszcze nie spać całą noc! Ciekawe czy będę musiała nosić na rękach Tinniego...

Stoimy i stoimy na tym zasranym lotnisku, czekając do odprawy, a samolot startuje za pół godziny! Ludzie, czy tak trudno pokazać co się ma w skarpetkach?! Bielizny nie ściągamy, a wy robicie drakę o głupie skarpetki! Już zabrali pana w czerwonych okularach, miał przy sobie zbyt dużo ostrych narzędzi. Psa starszej pani oddano do tymczasowej opieki w schronisku, ponieważ miał metalową obrożę, która jakimś cudem zakleszczyła się i nikt nie mógł jej odpiąć. W końcu nasza kolej. Ściągam kolejno kurtkę, bluzkę. Przeszukują mi kieszenie. Widać znaleźli moją komórkę, bo poprosili bym schowała ją do plecaka. Skarpetki, jedna i druga. Trampki, nawet sprawdzali czy nie mam ukrytej kamery! Jestem czysta poza małym drobiazgiem - moim amuletem. Sprawdzali go z dziesięć razy czy nie ma niebezpiecznych funkcji i czy nie stanowi zagrożenia, a potem tak zwyczajnie oddali go mojej mamie. Mój amulet. Ten który dostałam od taty na swoją komunię, ten który wiernie mnie strzegł nie poleci ze mną do Melbourne?! Oszaleli! Z Tinnym poszło o wiele łatwiej. Nie sprawdzali mu nawet skarpetek, chociaż były po brzegi wypchane jego ulubionymi cukierkami. Nawet zastanawiałam się czy może wcisnąć by mu gdzieś mojego amuletu, ale mama kategorycznie tego zabroniła.
- Tylko pamiętaj, że masz szukać karteczki z moim lub twoim imieniem. Lub nazwiska. Na karteczce. Pamiętasz? - przytakuję i chcę się oddalić razem z małym, ale mama za nami woła. - Dacie sobie beze mnie radę?
Oczywiście, że nie damy. Jesteśmy marionetkami, przecież nie potrafimy chodzić, myślę z sarkazmem i udaję, że nie słyszałam pytania.

W samolocie Tinny kręcił się i kręcił, aż w końcu zasnął na moim ramieniu. Strasznie było. Nie tak wyobrażałam sobie nasz pierwszy lot samolotem. Z tyłu cały czas strasznie coś buczało, zasłonki na okna były doszczętnie zepsute. Dziwiłam się jak mój brat potrafi spać w takich warunkach. Wkrótce przekonałam się, że jakoś potrafię zasnąć. Parę godzin snu dobrze mi zrobi.

- Proszę wszystkich pasażerów o zajęcie miejsc! - rozległo się w głośnikach, a potem powtórzone dwa razy. - Zaraz lądujemy. Proszę schować bagaże pod siedzenie, sprawdzić czy mają państwo zapięte pasy, obudzić tych, którzy śpią. Proszę o odłożenie wszelkich napojów oraz jedzenia do kubła. Proszę nie bagatelizować naszych poleceń.
Usiadłam na miejscu. Schowałam nasze bagaże pod siedzenia i zapięłam je specjalnym usztywnieniem. Sprawdziłam, czy Tinny ma zapięte pasy i czy moje się nie odpięły. W trakcie lotu spostrzegłam trzy razy, że zostały one w jakiś sposób uszkodzone. Obudziłam brata, który przecierał zaspane oczy, a potem odłożyłam nasze niewidzialne napoje i jedzenie do kubła, który przesuwał się wzdłuż siedzeń.
Coś nam zapiszczało w uszach i ogłuchłam. Tak po prostu nic nie słyszałam. Kiedy koła dotykały ziemi poczułam dziwną ulgę, rozkosz. Tinny cały był oblany potem. Przetarłam chusteczkami jego czoło, a potem można było wysiadać. Tak przynajmniej myślę, bo nikt nas nie nawoływał. W sali lotów odzyskaliśmy swoje bagaże i dopiero wtedy jako tako zaczęłam odzyskiwać słuch.
- Szukamy karteczki z imieniem mamy. Lub moim. - szepczę do chłopczyka, a ten pociąga mnie za rękaw. - Zostaw! Nie widzisz, że trzeba poczekać? Widocznie jeszcze nie dotarli na miejsce.
Ale on nie dawał za wygraną.
- Charlie, Charlie! Patrz! - I pokazał w kierunku chłopaka o ciemnych, czarnych włosach i z bladym uśmiechem na twarzy. W ręce trzymał karteczkę z napisem "MAŁY TOM", a gdzieś tam obok niego wygłupiała się czwórka chłopaków. Robili żarty starszym ludziom, całowali ich w policzki i tańczyli. Jeden nawet szczekał.
- On musiał przyjechać po nas. - mówi po czym podbiega do chłopaka o czarnych włosach. Pyta go czy przyjechał po Toma Mia, a on przytakuje.
Kiedy mnie zauważa na jego twarzy maluje się zdziwienie.
- A ty to kto? - pyta bardziej z troską w głosie niż wyższością.
- To moja siostra, Charlie. - przedstawia mnie mój mały pomocnik.
- Cher. - poprawiam go. Nawet myślę czy by nie wyciągnąć do nieznajomego ręki, ale stanowczo odsuwam od siebie tę myśl.
Coś musi nie grać skoro pyta się kim jestem. Może wystąpił jakiś błąd i spodziewali się dwoje chłopców?
- Skip nie mówił, że ma przyjechać jakaś dziewczyna. - mówi powoli i wyraźnie. Czuję zażenowanie całą sytuacją.
- Przepraszam, ale mama... To znaczy Patrice powinna przekazać wam informację o moim przyjeździe. Razem z Tinnym. - cedzę przez zęby. No to mamy kłopoty.
I jak to ująć - na raz podbiega do nas stado rozryczanych, rozradowanych nastolatków drżąc się niemiłosiernie i otaczając nas wianuszkiem. Tylko ja, czarnowłosy i Tom stoimy bezruchu wpatrując się w siebie. W końcu głos zabiera brunet z cieniami pod oczami.
- Stop! Stop! Uspokójcie się, wy małpiszony! - podchodzi do czarnowłosego, który jest najwyższy ze wszystkich tu obecnych. I chyba najcięższy.
- Przyjechali we dwójkę. - od razu zeznaje. - Co teraz?
Chłopak w cieniami podchodzi do mnie i  przygląda mi się. Okrąża moją osobę dyskretnie przy tym dotykając moich rąk. Stoję sztywno. Pewnie zaraz mi wkopie, myślę. Nastawiam się do potwornego ataku bólu, ale to nie następuje. Słyszę tylko ciche pomrukiwania i szepty. Najniższy chłopak z kolczykiem pod dolną wargą wyciąga telefon.
Będzie dzwonił na policję?, myślę. Wolałabym już zostać brutalnie pobita niż spisana jako "Dziewczynę, która nie miała przylecieć na wakacje do Melbourne. Ale zamiast tego wszyscy słyszymy wyraźnie damski głos.
- Mamo? Czy miała przylecieć z Tomem jakaś dziewczyna? - pyta chłopak z kolczykiem. - Tak, przyleciała. Na oko ma jakieś 16 lat. Tak? Naprawdę? Ale chłopaki nie przygotowali dla niej pokoju. - rozmawia z nią tak, jakby mnie tu nie było, myślę. - Dobra, zgarniamy ich do domu. Nie? Na pewno? Nie zgodzi się, powie, że to gwałci jego prywatność. - dość komicznym wzrokiem szuka w tłumie największego z obecnych chłopaków. - To może u Brooksów? Tak? Może być? To super, zapytam ich. Ale potem. Mamo, teraz jedziemy do McDonalda. Tak, Beau wariuje. Chce hamburgera. Nie wiem, czy lubią. Może. Tak, zapłacę za nich. Tak, wybiorą sobie coś co lubią. Dobrze, postaram się być dla nich wyrozumiały. Chłopaki mają się dobrze. Jak Brooksowie się zgodzą to mam z nią przyjechać do nas? Albo ma już tam zostać? Uhm, okay. Dobra, zostawi walizki i przyjedziemy. Hamburgera, frytki i małą colę? Okay, ale ty płacisz. Za wszystkich. - ciche westchnięcie i połączenie zerwane.
- Jedziemy do McDonalda baby! - wykrzyknął chłopak z cieniami pod oczami. Nawet mi się nie przedstawili.
Przeszliśmy na parking, w drodze przejął moją walizkę któryś z chłopaków. Zorientowałam się, że dwoje z nich jest takich samych. No, może nie aż tak podobnych. Jeden miał kolczyk w wardze, inny jeden kolczyk w uchu. Ten wyższy miał pieprzyk na środku nosa, a ten niższy po okiem. Z niechęcią wsiadłam do czarnego auta, które połyskiwało groźnie. Zajęłam miejsce za kierowcą, obok okna.
W trakcie podróży mogłam do woli podziwiać widoki, także te niemiłe. Raz przejechaliśmy obok dzieciaków trochę młodszych ode mnie. Jeden trzymał na plecach piłkę i rozbierał się aż do naga. To był okropny widok, a gdy zobaczyli to chłopcy cała piątka głośno zagwizdała. Przeniosłam wzrok z tych ofiar na ulicy i już po chwili zorientowałam się, że wszyscy w aucie przyglądają mi się. Niby tak od niechcenia najpierw popatrzałam na siedzącego po drugiej stronie, też obok okna jednego z bliźniaków. Miał w nosie kolczyk. I w wardze. Spodobał mi się jego ciepły, nieśmiały uśmiech którym mnie teraz darzył. Chłopak na głowie miał czapkę - pandę. Tak, tę słynną czapkę. Potem siedział jego bliźniak, albo chłopak z kolczykiem w wardze jest bliźniakiem tego obok Tinniego? W każdym razie ten nie miał żadnych kolczyków. Jedyne co go odróżniało od brata to grzywka na inną stronę oraz dwa pieprzyki pod okiem. Też się uśmiechał, ale stwierdziłam, że jego brat ma lepszy (czytaj słodszy) uśmiech. Potem naszła mnie ciekawość i w lusterku przyglądałam się owemu chłopakowi z kolczykiem, który dzwonił do swojej matki. Był dość niski. Dobrze, że zmieścił się w tym bagażniku, myślę. Nie chciałabym, żeby zamiast niego do bagażnika wszedł mój brat. Za kierownicą siedział dość umięśniony jak na moje oko osiemnastolatek. Na jego twarzy nie było uśmiechu, jednak nie był też zbyt poważny. Włączył radio. Miał długą grzywkę. Był niemniej przystojni jak inni. Obok niego, na miejscu pasażera siedział owy czarnowłosy.
- To jak masz na imię? - doszedł nas głos z tyłu. Odwróciłam głowę w tamtym kierunku.
- Charlie. - wyjąkałam przedłużając "e".
- Skip. To znaczy Daniel. - i podał mi dłoń. Uścisnęłam ją lekko. Przeszły mnie miłe dreszcze, zresztą zawsze tak miałam kiedy dotykałam czyjejś obcej dłoni. Uśmiechnął się zawadiacko, a potem wcisnął moją dłoń w rękę jednego z bliźniaków.
I znowu ten przyjemny dreszczyk. Jeszcze chwila i zacznę chichrać się jak głupia. Bliźniak pocałował moją dłoń po czym nie chciał jej puścić.
- To Jai. Ten najgrzeczniejszy. Podobno. - teraz odezwał się kierowca, a owy Jai zarumienił się. Potem moją dłoń przejął jego brat. Nie całował lecz uśmiechał się i kciukiem jeździł po zewnętrznej stronie mojej dłoni. Był to bardzo kojący gest.
- Przestań Luke! - moją rękę wyrwał Daniel, który przecisnął ramię przez szparę między siedzeniami. - Ona jest moja. - zawarczał, a raczej mruknął przyjaźnie, a Luke się speszył.
- Beau malutka. - kierowca wyciągnął wolną rękę nawet się nie odwracając. Byłam mu za to wdzięczna. - Obok James. Jest najcichszy z nas wszystkich. - nie podałam mu dłoni, ale posłałam przyjazny i w miarę ciepły uśmiech. - Masz jakąś ksywkę?
Przytaknęłam. Może to i nie były ksywki, ale zdrobnienia mojego imienia.
- Daniel to Skip, James to Vjayjay. Jai to JJ, Luke to Lukey, Brooks lub Lukey - pookey. A ja to... - i tu się zarumienił.
- A to jest nasz Bobo! - wykrzyknął znienacka Luke. - Nie wstydź się Bobo w końcu każdy jest człowiekiem!
Zachichotałam cicho.
- A ty? - zapytał Jai. - Masz jakąś ksywkę?
- Cher. Lie. Albo Mia. - niechętnie mówiłam swoje uzyskane przez okres dzieciństwa przezwiska.
- Mia? Od czego to?
- Od nazwiska. - nie mam ochoty mu tłumaczyć.
- Masz na nazwisko Mia? Charlie Mia? - czułam wprost, że wszystkie pary oczu zwrócone były w moją stronę.
- Tak. Kiedy będziemy na miejscu?
- Najpierw wskoczymy do McDonalda. Bobo dostaje głupawki jeśli nie je tam raz na miesiąc. - i rzeczywiście. Już zaparkowaliśmy na parkingu.
Wylewaliśmy się jak strumienie z auta, aż w końcu Beau pomógł Skipowi wyjść z bagażnika. Kiedy już wszyscy weszliśmy do budynku zaparło mi dech w piersiach. Tinniemu chyba też bo musiałam mocno chwycić go za chude ramiona, by zaczął oddychać.
- Nigdy wcześniej nie byliśmy... - szeptam, a chłopcy już wiedzą, że nigdy nie byliśmy w fast foodach.
- Nie wierzę! - krzyczy do nas Beau z końca sali. - Nigdy?
I wtedy uświadamiam sobie ile z życia straciłam.

wtorek, 23 lipca 2013

Bohaterowie główni opowiadania

Beau Brooks - Bobo
Miły lecz zwariowany, uwielbia żarty. Ma dwóch młodszych braci bliźniaków - Jaia i Luka. Nie ma dziewczyny, uwielbia swoich przyjaciół i ich szanuje. Nagrywa zwariowane filmiki na YouTube z Janoskians. Jest uzależniony od wypadów do McDonalda. Nie zawsze rozsądny. Czasami zagubiony, potrafi być "brutalny", ale nigdy nie chce skrzywdzić dziewczyny.
Luke Brooks - Lukey, Brooks, Lukey - Pookey 
Bliźniak Jaia, młodszy brat Beau. Trochę dziwny i tajemniczy, czasami zamknięty w sobie. W szkole uważa się, że to on jest tym gorszym bliźniakiem. Dowcipniś, lubi spotkania ze znajomymi. Kocha swoją rodzinę, braci i Janoskians. Kręcenie filmików na YouTube sprawa mu radość, bo zawsze robią coś zwariowanego lecz nienawidzi kiedy są one usuwane przez serwis. Uzależniony od Keek.com.
Jai Brooks - JJ
Ten "bardziej" uzdolniony, bardziej idealny bliźniak. Brat Beau i Luka. Ma psa o imieniu Lala. Bardziej otwarty niż Luke. Rodzina i dziewczyna na pierwszym miejscu. Boli go to, że większość znajomych nie lubi Ariany - jego drugiej połówki. Czasami (tak samo jak Luke) frustruje się, kiedy ludzie nie odróżniają go od brata. Uwielbia żarty i dobrą zabawę, w grupie jest uznawany za najmilszego. Uzależniony od Xboxa.
James Yammouni - Vjayjay
Zabawny, trochę powściągliwy. Ma dziewczynę - Veronicę. 1/5 Janoskians. Uważany jest za najmądrzejszego z grupy, czasami tęskni za szkołą. Czasami jest mu wstyd za Janoskians i ich zachowanie, ale jest tak samo zwariowany jak oni. Kocha Sushi Bar.
Daniel Sahyounie - Skip
Najbardziej "narażający" się ludziom. Często "brutalny", chociaż czasami zachowuje się jak dziecko. Jest singlem. Dziki, śmieszny i inny - tak opisują go przyjaciele. Uzależniony od Xboxa. 
 Ariana Grande - Ria
Zbyt przesłodzona dziewczyna Jaia. Kocha go i nie chce zostawiać. Jest jej obce uczucie niedosytu, zawsze miała to, co chciała. Nie jest typem "księżniczki" jednak czasami jest zarozumiała. Obojętna na negatywne zdania bliskich.
Veronica - Vera
Dziewczyna Jamesa, cicha, miła - zupełnie jak os sam! Niewiele o sobie mówi, nikomu się nie zwierza. Nie lubi Ariany, ale nie chce zranić jej uczuć, więc nie ma nic przeciwko niej.

 Charlie Mia - Mia, Cher, Lie, Miki Mouse
Pomysłowa, ambitna dziewczyna z wielkim talentem do malowania. Typ marzycielki chodzącej z głową w chmurach. Cicha lecz zwariowana uwielbia żarty. Kiedy kogoś bliżej pozna staje się otwarta na niego. Nie lubi plastikowych księżniczek, stara się trzymać od wszystkich z daleka, ponieważ ludzie uważają ją za dziwną. Typ odludka, samotnika. Nie lubiana w szkole, czasami nawet poniżana. Ludzie unikają z nią kontaktów dlatego jej życie jest nudne.  Nie lubi swojego wygląd, ale sama boi się coś zmienić.
Po "przemianie" którą dokonała w jej wyglądzie Ariana wygląda tak:


 Mila Bruce - Miki, Mikey
Przyjaciółka Brooksów, siostra Jamesa. Pogodna, radosna, pełna nadziei na lepsze jutro.
Tom Mia - Tiny, Timmy
Młodszy brat Charlie. Ma sześć lat i jest dumny z swojego dzieciństwa. Bardzo mądry jak na swój wiek, bardzo podobny do ojca. Udaje, że nie lubi żadnych kolegów siostry, ponieważ sądzi, że nie potrafią się uśmiechać. Łobuziak, często coś psuje, dowcipniś. Ponad wszystko kocha Charlie.
Benjamin Skay - Ben, Skeek
Przyjaciel Janoskians, były Mili.
Patrice Mia
Matka Charlie i Toma.
W opowiadaniu występują też inni bohaterowie ;P