poniedziałek, 19 sierpnia 2013

VIII - Niespodzianka!

*Charlie*
Byliśmy w małej kawiarence na przedmieściach. Niestety do Daniela zadzwoniła pewna osoba (czyt. dziewczyna) i natychmiast się zmył.
Tym razem nie pozwoliłam Lukeowi zamawiać za siebie.
- Jakiego smaku lody mali? - zwrócił się do mnie i do JJ - Justina.
- Gogurtowe, gogurtowe! - piszczał mały.
- A ta mała księżniczka? - niewiarygodne co Luke może wyczyniać z głosem i co się wtedy ze mną dzieje.
- Niech będzie. - mówię i odchodzimy z moim podopiecznym do wolnego stolika.
Kawiarnia nie jest zapełniona po brzegi - widzę tu tylko jakąś parę, staruszkę z siatkami oraz kobietę z biura. Skąd wiem, że pracuje w biurze? Ma przy sobie całą masę papierów, laptopa i jest tak charakterystycznie ubrana...
- Proszę bardzo. Zamówienie gotowe. - podchodzi do nas Brooks z trzema odami o smaku jogurtowym. Na jednym z nich lukrowymi kuleczkami ułożono moje inicjały w serduszku z tych małych, kolorowych kuleczek do jedzenia.
- Ja stawiam. - dodaje pośpiesznie, a ja znowu mam wyrzuty sumienia, że zawsze musi za mnie płacić. Luke widząc moją minę dodaje. - Nie nękaj się. Będziesz miała dużo czasu, żeby postawić mi jakiś obiadek czy coś. - i puszcza do mnie oczko.
Zabieram się do jedzenia loda. Rzeczywiście ma smak jogurtu, a kuleczki są przepyszne. Kiedy przypadkowo brudzę się lodem Lukey Pookey sięga po serwetkę i delikatnie ściera mi jogurtową masę z kącików ust.
- Smakuje. - stwierdza, a to co później zrobił przekracza wszelkie granice ludzkości.
Sięgnął po mojego loda i... Rozmazał mi go na policzku. Zamiast się złościć zaczęłam się śmiać.
- Teraz to ci się dostanie Brooks! - i ja też wysmarowuję go lodem jogurtowym. Na szczęście JJ - Justin nie idzie w nasze ślady.
Zostajemy wyrzuceni z kawiarni za hałasy. Cała nasza trójka śmieje się, a ja i Luke wciąż mamy lody na twarzy. Postanawiamy znaleźć jakąś ławkę (czyt. ławkę i serwetki). W pobliżu nigdzie nie ma żadnej lodziarni która służyłaby nam serwetką. Luke podchodzi do pewnego staruszka, a kiedy klepie go w ramię ten uśmiecha się od ucha do ucha i pyta czy właśnie skończyliśmy wojnę na lody.
Odpowiadamy, że tak. Facet daje nam całą paczkę chusteczek higienicznych i mówi, że jak był w naszym wieku to robili to samo z mlekiem.
- Musimy kiedyś spróbować. - żartuje Lukey.
Biorę od niego chusteczkę i już chcę ścierać mać ze swojej twarzy kiedy niespodziewanie dostaję buziaka prosto w policzek. Przy okazji mój przyjaciel zgarnął trochę jogurtowego loda.
- Ale ty słodko smakujesz! - śmieje się, ale zaraz zaskoczony przerywa. Też dostał ode mnie buziaka.
Całe to czyszczenie zeszło nam całkiem sprawnie - parę buziaków. Lukey nawet wpadł na pomysł żeby zlizać ze mnie trochę jogurtu i oczywiście od razu przystąpił do działania. Było strasznie dużo śmiechu!
Dostałam też buziaka czy dwa od Justina - JJ. To było takie słodkie!
Kiedy już się nawzajem oczyściliśmy i zmyliśmy z siebie "maseczkę upiększającą" dostałam na raz dwa buziaki - w prawy policzek od JJ, a w lewy od jednego z bliźniaków.
- Słodko się rumienisz. - szepnął mi do ucha Luke, a JJ wskoczył mi na kolana.
- Jeśtem zazdrośny! - oznajmił po czym pobiegł na huśtawki.
- I jak tam pierwszy dzień w pracy? - spytał Lukey.
- A widzisz żebym przewijała pieluchy? - na pytanie odpowiedziałam pytaniem.
- Och, jaka szkoda! Chętnie zobaczyłbym jak przewijasz tego małego. - wskazał palcem na JJ który teraz bawił się w piaskownicy.
- Ma na imię JJ. To znaczy Justin.
- Wiem jak ma na imię Charlie. - mówi sarkastycznym tonem. - Czasami chodzi do nas popatrzeć jak jeździmy.
Właśnie coś sobie uświadamiam.
- Jeśli ty go znasz, to znasz też Iwanów! - pacnęłam go w ramię. - Luke, to było wszystko ustalone?! - zmierzwił sobie włosy. - Wiedziałeś, że JJ nie sprawia większych kłopotów i dlatego załatwiłeś mi pracę u nich?!
- Poprawka, sama sobie załatwiłaś. Ja tylko podsunąłem pomysł. - wstał z ławki i zaczął się niepewnie oddalać tak jakby wiedział, że właśnie zaraz zamierzam zacząć za nim biec.
Uciekał wokół drzew, tak żebyśmy byli blisko chłopczyka. Cha! Jestem szybsza Lukey!
Złapałam go za kurtkę, a on "przewrócił" się na ziemię. Ja razem z nim.
- Jesteś świnią Brooks! - wołam, a on zalewa się łzami śmiechu. - Czy to, że mieliście się spotkać z JJ na rampie było ustalone?
- Nie no, co ty! Nawet nie wiedziałem, że chcieliście dzisiaj wyjść na dwór! - złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie. - Ale jesteś szczęśliwa, że nie spędziłaś całego dnia na tamtej ławce, prawda?
- Jesteś dupkiem Brooks. - nie mówiłam tego bo byłam na niego zła.
- Jesteś szczęśliwa? - spytał poważnym tonem. Nawet nie zauważyłam kiedy przenieśliśmy się do pozycji siedzącej.
Zastanowiłam się chwilę.
- Jestem. - odpowiedziałam niepewnie.
- Ale to nie jest stuprocentowe szczęście, prawda?
- Nie jest. - potwierdziłam.
- Czego ci potrzeba do pełni szczęścia? - zdziwiło mnie jego pytanie, ale odpowiedziałam.
- Chciałabym... - czekał cierpliwie. - Chciałabym mieć lepsze stosunki z moją mamą...
- Coś jeszcze?
- Tak. Chciałabym już nie być tą starą Charlie. - nie zrozumiał, zmarszczył czoło.
- Jak to?
- Widzisz... Od zawsze jestem taka... - nie umiałam dobrać odpowiednich słów.
- Taka jak teraz? - podsunął.
- Może być. Od zawsze jestem taka jak teraz.
- Czyli chcesz zmienić swój charakter? - spytał.
- Nie. No, niezupełnie. Nie chcę być z zewnątrz już tą samą, nudną dziewczyną. Bo odkąd tutaj jestem ciągle coś się dzieje. A to złamałam nos. - dotknęłam swojego nosa. - A to mam rękę skręconą, albo mam pracę... Ciągle coś się dzieje. U mnie zawsze było nudno. - posmutniałam.
- Czyli chcesz zmienić swój wygląd? - upewnił się.
- Tak. Chyba tak. Jeśli to mi pomoże to tak.
*Luke*
- Nie martw się. - pogłaskałem ją czule po włosach, a ona oparła się czołem o moje ramię. - Nie pozwolę, żebyś kiedykolwiek już się nudziła.
Uśmiechnęła się lekko.
- Jesteś kochany. - wyszeptała. Jestem kochany, jestem kochany... Muszę jej kiedyś przypomnieć jak będzie na mnie zła, że przecież ja JESTEM KOCHANY!
- Co się tak śmiejesz? - spytała. No tak, ja i ten mój głupi uśmiech.
- Nic, nic. Myślałem o tym, że jak znowu zrobię coś za co będziesz zła to powiem ci, że jestem kochany. - ostatnie dwa słowa wykrzyczałem. Zatkała mi buzię dłonią.
- Przestań się wydzierać. - upomniała mnie.
- To mnie pocałuj. - wypaliłem bez namysłu. Ale wtopa!
Charlie zerknęła na mnie podejrzliwie po czym wstała. Poszedłem w jej ślady.
- Hej, Charlie! - zatrzymałem ją. Nie odkryłem czy była zła, czy się obraziła, ponieważ cały czas stała tyłem do mnie. - Nie chciałem... Ech... - zmierzwiłem sobie włosy. - Wiesz jaki jestem... Coś powiem zanim przemyślę...
Odwróciła się. Miała rozbawioną minę. Wszystko tylko nie to, pomyślałem. Wszystko!
- No chodź już! - pociągnęła mnie za rękaw mojej bluzy z "Obey".
*Jai*
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Już idę! - zawołałem i odłożyłem swojego laptopa.
Pierwszą osobą która wpadła mi do głowy był Luke. Jeździł gdzieś na desce czy coś... Więc krzyknąłem:
- Luke, ty dupku! Kluczy nie umiesz ze sobą zabrać?! - ale odpowiedział mi cichy chichot zza drzwi.
Otworzyłem, a na moją szyję rzuciła się... Ariana!
- Co ty tutaj robisz? - spytałem. Nigdy nie mogę uwierzyć, że właśnie to ONA przylatuje do mnie.
- No jak to co? Mówiłam ci, że przylecę was odwiedzić! - odpowiedziała, a w jej oczach pojawiły się iskierki. Pocałowałem ją w usta.
- Mogłaś zadzwonić! Przyjechałbym na lotnisko!
- Jai, chciałam żeby to była niespodzianka. - powiedziała poważnym tonem.
- W pełni się udała. - rozpromieniła się. Zabrałem jej walizki i zaniosłem na górę.
- Ari... - odchrząknąłem. - Gdzie będziesz spała?
- Och... Mogę spać nawet i na podłodze!
Czy wspominałem kiedyś, że moja dziewczyna jest nienormalna? Ach, tak. Chyba z parę razy.
- Zaniosę twoje walizki do mojego pokoju. - powiedziałem, a Ariana zaproponowała, że zrobi mi kakao.
- Cudownie, że u was prawie nic się nie zmienia! - powiedziała podając mi kubek z gorącą cieczą. - A gdzie reszta? Twoja mama, Beau, Luke... Charlie?
- Mama jest u koleżanek o ile dobrze wiem, Beau jeździ gdzieś samochodem (czyt. możliwe, że śledzi Charlie), Luke wziął deskę i wyruszył na podbój świata, a Lie znalazła pracę...
- Och, pracę? - była zainteresowana dziewczyną. - Co robi?
- Opiekuje się dzieckiem... Takiego jednego bogatego gościa. Tutaj o okolicy.
- Nie przeszkadza jej to?
- Ani trochę... Chyba. Dzisiaj ma pierwszy dzień.
- Okey. Więc oglądamy filmy! - włączyła telewizor i rzuciła się na kanapę. Objąłem ją ramieniem, a ona nastawiła jakąś komedię romantyczną.
*Beau*
Nie. Wcale nie śledziłem Charlie! Co wy sobie o mnie myślicie! Byłem na przejażdżce. Autem.
Jeździłem po okolicy... Po co? Chciałem się oderwać. Może też szukałem kogoś kto w moim sercu mógłby zastąpić miejsce Charlie?
Przecież nie byłem głupi, wiedziałem co się święci.
Charlie + Lukey Pookey = ♥♥♥ 
A ja miałem zostać poszkodowany.
Dobra, muszę się przyznać. Zakochałem się... Ale czy idzie tak od razu? Tak, że po paru dniach znajomości czujesz, że to właśnie ją kochasz? Najwyraźniej tak. Jestem tego przykładem.
Próbowałem się skupić na dziewczynach które szły ulicami miasta. Trudno jest się skoncentrować na czymś innym wiedząc co się ma stać. Przecież to widać na pierwszy rzut oka. On się do niej klei, a ona do niego...
Westchnąłem. Chyba to nie ja miałem się zakochać w naszym gościu...
Widziałem różne, śliczne dziewczyny, ale żadna nie była w stanie urodą dorównać Lie. Spróbowałem skupić się na tym co każdą od siebie różni...
Ta miała zgrabny, mały nosek. O, a tamta kasztanowe włosy. A jeszcze inna miała tatuaż na nadgarstku...
Ale po pewnym czasie obserwowania zauważałem tylko to co tamte dziewczyny miały wspólnego z Miki Mouse.
Tamta miała taki sam uśmiech, a tamta podobny kolor oczu... Tamta miała taką samą bluzkę co Charlie!
To mnie kiedyś wykończy, powiedziałem sam do siebie i zawróciłem w stronę domu.
*Charlie*
Szliśmy w kierunku domu Justina - JJ. Właściwie to ja i JJ szliśmy - Brooks jechał na deskorolce po ulicy... Nagle wydało mi się to szokujące - on jeździł po lewej stronie!
- Luke! - krzyknęłam. - Luke, zjedź na prawą stronę!
Wołałam jak wariatka, a ten dalej jechał po lewej stronie śmiejąc się ze mnie.
- No co? - pisnęłam i złapałam za rękę chłopczyka który szedł u mojego boku.
- Jeszcze nie zauważyłaś? - uśmiechnął się.
- Ale co miałam zauważyć? - byłam w kropce. Luke zaśmiał się nerwowo po czym zeskoczył z deskorolki i zjawił się tuż obok mnie.
- Dziecinko. - zaczął, a ja już wiedziałam... W Australii jeździ się po lewej stronie! Spaliłam buraka.
- Miałam prawo nie wiedzieć. - burknęłam urażona, że nie powiedział mi wcześniej.
Spontanicznie złapał moją rękę i chociaż próbowałam wyrwać mu ją nie ustępował. Zerknęłam na niego kątem oka i poddałam się - nie miałam ochoty walczyć.
- Tso byl supra dzin. - powiedział z powagą Justin po czym zaczął skakać z nogi na nogę. Uśmiechnęłam się pod nosem, tak słodko seplenił!
A Lukey widząc to zrobił obrażoną minkę po czym powiedział:
- A mną byś się też tak zajmowała gdybym slotko sepenił? - dwa ostatnie słowa próbował wymówić w charakterystyczny dla JJ sposób. Pacnęłam go w ramię. - Za co?! - oburzył się.
- Zazdrośnik. - stwierdziłam po czym wzięłam Justina - JJ na ręce.
- Nie cem bebyś śiobie posła! - powiedział ze smutkiem po czym przytulił się do mnie. Stanęły mi łzy w oczach.
- Ja też nie chcę. - wyszeptałam odrywając jego małe, chude łapki od swojej szyi. - Ale musisz już grzecznie pójść umyć ząbki i zasnąć.
- Poćytaś mi? - zapytał błagalnym tonem. Spojrzałam na Lukeya, ale ten wyraźnie udawał, że nie interesuje go nasza wymiana zdań.
- Ale tylko chwilkę. - odpowiedziałam po czym otworzyłam przed dzieciakiem drzwi. Mały popędził do swojego pokoju.
- Tylko dokładnie umyj zęby! - krzyknęłam za nim, a on zbiegł po schodach i korzystając z tego, że przykucnęłam pocałował mnie w policzek. Był to bardzo miły całus. A potem wrócił do pokoju.
- Bo zacznę być zazdrosny! - Luke wzniósł oczy do nieba.
- Nie wiem czegoś? - zapytałam. - Wiesz... Zawsze mile przyjmę, że mam jakiegoś adoratora. - zaśmiał się.
- Jednego już masz. Mogę być drugim. - przeszyły mnie zimne dreszcze. - To co? Śniadanie do łóżka?
Zażartował.
- Mógłbyś być bardziej pomysłowy. - znowu śmiech.
- Lepiej już idź. Zaraz pewnie wskoczy ci do łóżka. - walnęłam go w ramię. - No co?
- Idziesz ze mną. - zadecydowałam za niego, a widząc jego wzrok dodałam. - Jak za długo czytam to mam chrypkę.
- O, o, o...! - wykrzyknął mój przyjaciel. - W końcu się czegoś o tobie dowiaduję!
- Ciekawostka numer jeden.
- A jaka jest numer dwa? - zamyśliłam się.
- Panicznie boję się pająków. Mam na tym punkcie obsesję. No i kaczki.
- Co kaczki? - zdziwił się.
- Boję się kaczek. - wyjaśniłam, a on zrobił duże oczy.
- Więc nigdy nie karmiłaś kaczek?
- Tak.
- Idź ciągle na przód i na przód... - zanucił i wykonał charakterystyczny ruch rąk dla tańca hula.
- Dobra, a jaka jest ciekawostka numer trzy? - już miałam mu odpowiedzieć, ale z pokoju JJ - Justina dobiegł mnie jego głos:
- Cytamy?
- Już idę! - odkrzyknęłam i zdałam sobie sprawę, że w domu nikogo prócz gosposi nie ma. Złapałam Lukeya za rękę i pociągnęłam za sobą.
- Dobry wieczór! - powiedziałam kiedy ją zobaczyłam.
- Dobry, dobry... - zerknęła na nasze splecione ręce. - To twój... Chłopak? - zaczerpnęłam powietrza by jej zaprzeczyć, ale wyprzedził mnie Luke.
- Tak. Jesteśmy razem. - przyciągnął mnie bliżej siebie i pocałował w policzek.
I co ja mam teraz zrobić? Powiedzieć "Luke, co ty bredzisz?", a wtedy gosposia postrzegłaby go jako kłamce. Nie miałam wyjścia - musiałam udawać, że jesteśmy parą.
- Słodko razem wyglądacie! - klasnęła w dłonie po czym ulotniła się.
- Luke! - chciałam na niego nakrzyczeć, ale w porę przypomniałam sobie o JJ.
- No co? - przekomarzał się ze mną. - Kochanie.
- Chodź już. - zrezygnowana pociągnęłam go do pokoju malucha.
- Czyżby zapowiadała się noc pełna wrażeń?
- Tak, z książką i kocykiem.
__________________________________________________________________________________
Małe ogłoszenie o którym zapewne wiecie - Jai i Ariana zerwali ;_________; Ale w moim opowiadaniu nadal będą razem <3


czwartek, 15 sierpnia 2013

VII - Niania Charlie

*Charlie*
- Jacy oni są? - zadawałam raz po raz to samo pytanie na które wyraźnie nie było mi dane dostać odpowiedzi.
- Luke! - krzyknęłam i stanęłam w miejscu. Chłopak zatrzymał się parę kroków ode mnie.
- Są mili. - ach, Lukey! Normalnie dużo to wyjaśnia!
- I coś jeszcze? - pytam z nadzieją w głosie.
- Mają dwójkę dzieci i jedno w drodze. - nareszcie jakieś konkretne wiadomości! - Prawie nigdy ni bywają w domu dlatego potrzebują opiekunki.
- A ich dzieci? - znowu wróciliśmy do szybkiego marszu. - Jakie one są?
- Zobaczysz nianiu Charlie. - mój przyjaciel jak zwykle nie był skory do poważnego tonu. To ja miałam czytać dzieciom bajki na dobranoc, a nie on!
- A najlepsze jest to, że mieszkają całkiem niedaleko. - wyjaśniał. - Gdyby potrzebowali cię na całą noc masz zaledwie jedną przecznicę do pokonania! - Brooks nieco spoważniał. - To tu.
Stanęłam jak wryta.
Dom był duży i piękny. Miał wielki ogród z krytym basenem w kształcie wielkiej plamy. Dom (czyt. willa) była dwupiętrowa, oświetlona. Prawie wszystkie ściany tam były zrobione ze szkła. Dach był płaski, a balkony także zrobione były ze szkła. Dawało to cudowny efekt - aż uszło ze mnie powietrze.
Że też takie cudeńka istnieją, myślę.
- Fajnie by się w takiej mieszkało, nie? - męski głos wyrwał mnie z zamyślenia. No tak, zapomniałam, że nie jestem sama. - Słuchaj Miki Mouse. Wcale nam nie przeszkadzasz swoją obecnością. Kochamy cię. - przejechał palcem po moim policzku.
- Mówisz tak jakbyśmy nigdy już nie mieli się spotkać. - trochę się rozchmurzył, a linia jego brwi złagodniała. Ujęłam jego dłoń w przytuliłam sobie do policzka.
- Dasz radę z tą dzieciarnią?
- W razie czego mam zawsze ciebie!
- Kocham cię. - wyszeptał. - Głupi jestem, co nie? - delikatnie wyswobodził rękę z uścisku.
- Jesteś najfajniejszym facetem jakiego znam. - i znowu się uśmiechnął. Lubię ten jego uśmiech. Zawsze potrafi mi poprawić humor!
Co do tego "wyznania". Nie biorę go na poważnie. Już wczoraj wieczorem ustaliliśmy (czyt. wyznaliśmy) sobie, że kochamy się - jak siostra z bratem. Taka prawda. Lukey był dla mnie jak starszy, bardzo duży brat. Kocham go.
- Wchodzimy. - zakomenderowałam i weszliśmy na posesję państwa Iwan.
Była strasznie duża. Można by się tutaj nawet zgubić!
Pan Iwan oraz pani Iwan czekali już na nas na progu. Przywitali nas swoimi uśmiechami i zaprosi do środka. Dyskretnie przyglądałam się każdemu po kolei.
Pan Iwan - na oko młody biznesmen po trzydziestce dumnie prezentował swoją brodę. Miał kasztanowe włosy oraz szare oczy. Był bardzo miły (albo aż tak dobrze grał swoją rolę). Często się śmiał i nie przeszedł od razu do tematu dzieci.
Pani Iwan - drobna kobiecina, chyba młodsza od swego męża siedziała wyprostowana na fotelu naprzeciwko nas. Nosiła okulary. Nie miała na sobie szykownej sukni ozdabianej złotem czy coś w tym stylu tylko lekko poniszczone rybaczki oraz T - shirt z "Obey". Słomiane włosy spięła w kucyk z tyłu głowy.
Wygląda na normalną kurę domową, pomyślałam.
- Na pewno chciałabyś zobaczyć nasz domek! - wtrącił się głos pana Iwana do moich myśli.
- Oczywiście. Jest taki ogromny. Sama się dziwię, że nikt się jeszcze tutaj nie zgubił! - nie wiem skąd u mnie tyle energii,ale ten dom aż syczał śmiechem!
- W takim razie chodźmy! - pani Iwan wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do pokoju. Tuż za nami szedł Luke i Iwan.
- Tutaj mamy salon. - wyjaśniała kobieta. - A tutaj jest nasza łazienka, moja z mężem. Tutaj sypialnia... - szczerze znudziło mi się tutaj. Nawet nie sprawdzałam w jakim stylu urządzono dany pokój.
Kiedy skończyliśmy zwiedzać cały parter nie przeszliśmy na piętro.
- Zajęłoby nam to za dużo czasu. - wyjaśnił mi biznesmen. - Mamy za pół godziny ważne spotkanie.
- Przejdziemy już do rzeczy? - spytała mnie uprzejmie pani Isabella.
- Jasne! - typowa nastolatka ze mnie, pomyślałam. Już mogę sobie pójść, ktoś inny zgarnie za mnie tę robotę.
Ale państwo Iwan jak na zawołanie uśmiechnęli się szeroko i klasnęli w dłonie.
- Właśnie kogoś takiego jak ty nam trzeba! - zawołała pani Isabella.
- Jak to? - byłam zdezorientowana ich zachowaniem. Czy tak właśnie powinna się zachowywać osoba której powierza się dzieci?
- Widzisz, nie chcemy żeby opiekunką dla naszych dzieci była jakaś sędziwa staruszka, która nie potrafi się uśmiechać. A ty? Ty się idealnie nadajesz! Potrafisz się bawić, śmiać... Dzieciaki na pewno cię polubią! - wyjaśniała, a ja nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.
- Czyli, że mam to? - spytałam podnieconym głosem na co ona przytaknęła.
- Mogłabyś zacząć od jutra? Ach, stawkę omówimy też jutro, dobrze?
- Oczywiście! - mogę z dumą powiedzieć, że latałam jak na skrzydłach.
- I proszę, zwracaj się do nas po imieniu. Isabella, Ben. Dobrze?
- Isabella, Ben. - powtórzyłam na co ona klasnęła w dłonie.
- Dostaniesz jutro wszystkie rzeczy, kluczyk i poznasz dzieciaczki.

- Jak mi poszło? - spytałam Lukeya kiedy już wracaliśmy do domu państwa Brooks.
- Byłaś bardzo przekonująca. - odrzekł spokojnym tonem. Mogłam z łatwością zauważyć, że jest mu smutno.
Stanęliśmy. Usiadł na ławce i poklepał ręką miejsce obok siebie. Poszłam w jego ślady.
- O co chodzi? - oparłam głowę o jego ramię. W jednym momencie uleciało ze mnie całe szczęście.
- O nic. - chłopak wyraźnie unikał mojego wzroku. Siedzieliśmy tak w ciszy kiedy nagle przyciągnął mnie do siebie. Wstałam.
- Po prostu mnie przytul. - powiedział błagalnym tonem konia idącego na rzeź. O co mu chodziło?
Usiadłam na jego kolanach przodem do niego i przytuliłam. Spodobało mu się.
- Proszę. - opierałam czoło o jego.
- Ech... Nie odpuścisz, prawda? - zauważyłam, że trzęsły mu się ręce.
- Nie. - ech, ja i ta moja bezpośredniość!
- Smutno mi... - przerwał. - Smutno mi, ponieważ... Ponieważ nie będziesz już z nami mieszkała. Nie będę mógł się z tobą widywać kiedy będę chciał. - objął mnie obiema rękami w talii. - Rozumiesz?
Rozumiałam. Zbyt dobrze. Ale to nie koniec świata! Przecież nie będę całą wieczność mieszkała u Iwanów. Tylko kiedy będzie taka potrzeba przenocuję tam.
- Luke. Zawsze możesz do mnie wpaść kiedy tam będę. - specjalnie przeciągałam każde słowo. - Rozumiesz?
Przytaknął.
- A tak poza tym to coś jeszcze ci ley na serduszku? - spróbowałam rozładować napięcie między nami.
- Nie będę widywał cię rano w szlafroku i w seksi pidżamie w misie schodzącą do nas do kuchni na śniadanko. - wywróciłam oczami. Seksi pidżama?! Przecież to tylko była koszula nocna bądź stary, wyciągnięty T - shirt z spodniami od dresu!
- Idziemy? - spytał, a ja właśnie sobie uświadomiłam, że chciałabym spędzić całą noc na jego kolanach.
- Ściemnia się. - zakomunikowałam i poszliśmy.
- Tak jakbym nie miał oczu!

Tego ranka nie złamałam sobie żadnej kończyny, nie nabiłam sobie siniaków oraz nie wpadłam na Lukea. Wstałam jako pierwsza z domowników tego domu i poleciałam do pokoju Beau.
- Wstawaj śpiochu! - darłam się na całe gardło już od progu. Ale to co zobaczyłam w jego pokoju przekraczało granice mojej wyobraźni.
Na łóżku leżał przykryty kocem, całkiem nagi Skip oraz Beau w samych bokserkach. Oboje spali.
Z kieszeni mojego szlafroka wyjęłam mój telefon i zrobiłam śpiącym zdjęcie po czym wskoczyłam na ich łóżko.
- Wstawać! Wstawać! - tym razem to ja ich obudziłam!
Najpierw byli zaskoczeni, zawstydzeni, a potem zobaczyli zdjęcie. Oboje razem ze mną zaczęli się śmiać.
- Ostra noc, co nie baby? - ledwo zrozumiałam co Daniel do mnie mówił.
- A jak! - odkrzyknęłam i pobiegłam do pokoju bliźniaków. Dla nich miałam specjalną pobudkę.
Mogłam się tym numerkiem narazić, ale nie myślałam o tym. Ważna jest chwila!
Potruchtałam do łazienki. BINGO! Znalazłam wiadro. Teraz tylko zimna woda...
Tylko jak oblać dwóch na raz?
Z pomocą przybyli mi w połowie ubrani chłopcy. Wzięli wiadro i... CHLUP!
Jai i Luke podskoczyli jak oparzeni. Na początku nie wiedzieli co się dzieje, ale potem doszli do przytomności. I tak oto rozpętała się WOJNA! 
W samych pidżamach wyskoczyli z łóżek. Jai pobiegł po wodę, a Luke mnie gonił. Skąd on może wiedzieć, że to był mój pomysł? W każdym razie zostałam przez niego złapana (Lukey, nie dałabym się gdybym wiedziała, że skręcam w złą stronę!), przygwożdżona do ściany i oblana razem z Brooksem który nie zdążył w porę uciec przed rzeką wody.
- Doigrasz się, mała! - krzyknął i chwilę po tym obraz zamazała mi woda spływająca po moich włosach. No to prysznic mamy z głowy!

- Co na śniadanie? - nie myślcie sobie, że to pytanie zadał któryś z Brooksów! Mama chłopaków wparowała do kuchni jak szalona i przysiadła na końcu krzesła.
- Jajecznica ze szczypiorkiem, pomidorem, serem i kiełbaską, mamusiu. - ach, ten Jai! Aż ciekła mu ślinka po brodzie gdy wymawiał słowo "jajecznica"!
- Mniam, mniam. Kto gotuje? - ciągnęła Gina.
- Charlie! - odpowiedziały jej trzy głosy. - Och, Daniel nie został na śniadaniu?
- Musiał zmykać. - tym razem ja zabrałam głos. Znacząco zerknęłam na najstarszego z Brooksów, a ten się roześmiał.
- Mamo, zobacz jakie seksi zdjęcie mam z Skipem! - moja komórka wylądowała w jego dłoni. Gina parsknęła śmiechem.
- Co ta biedna Charlie musi sobie o was myśleć... - zastanawiała się na głos.
- Geje, seks, lesby. - odpowiedział za mnie Lukey. Wszyscy się śmiali.
- Charlie, słyszałam od Lukea, że znalazłaś pracę. - pokiwałam głową. - Chcesz pracować tak w wakacje?
- Chcę pod koniec wakacji zapłacić wam za gościnę mnie i Tinniego. Chciałam zresztą trochę zarobić... - ależ to niezręczna sytuacja!
- Kochanie, jesteś u nas zawsze mile widziana! Nie musisz za nic płacić! - Ginna była zaskoczona moim tokiem myślenia.
- Lie sądzi, że się nam naprzykrza i staje nam na drodze. - Lukey, czy ty nie umiesz trzymać języka za zębami?! Spaliłam buraka.
- Och Charlie! - mama chłopców podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła. Stałam jak sparaliżowana i nie odwzajemniłam gestu, ale nie miała mi tego za złe.
- Mówiłem jej mamo. - ten sam podlizujący się bliźniak Jaia...
Rzuciłam w niego szmatką na co ten pokazał mi język.
- Kiedy zmienisz mi pieluchę, nianiu? - zapytał słodkim, dziecięcym głosikiem.
- Luke, przestań. Nie mam nastroju na żarty. - na prawdę nie miałam ochoty by ze mnie żartował. Chciałabym, żeby troszczył się o mnie tak jak wczoraj wieczorem.
- O, o, o...! - zaczął wymachiwać rękami w teatralnym geście.
- Luke Brooks! - krzyknęłam. (Na całe szczęście Gina zdążyła gdzieś zniknąć.) Zaśmiał się. - Jeśli zaraz nie przestaniesz się ze mnie nabijać to powiem wszystkim co wczoraj wygadywałeś! - ha! Miałam go! - "Nie będę już mógł się..." - zakrył mi usta ręką. Ale się nie poddawałam. - Jest... Smutno... Seksi... Płaczę... - nie mogłam powiedzieć zdania, ponieważ Luke próbował zatkać mi usta ręką. W końcu wyniósł mnie na rękach z kuchni.
- Jajecznica się przypali! - krzyczałam kiedy wnosił mnie na schody. - Pilnujcie jajecznicy! Drugiej nie robię!

- Bardzo śmieszne dziecinko. - Brooks bezceremonialnie upuścił mnie na podłogę. Zabolało. Coś
nawet jakby chrupnęło, ale nie byłam pewna czy to ja.
W każdym razie wiem, że musiałam zwijać się z bólu bo zaraz obok mnie na ziemi wylądował Lukey i wołał o pomoc.
- Przepraszam. Przepraszam. Bardzo boli? Przepraszam. - powtarzał roztrzęsiony odgarniając mi włosy z oczu.
- Hej, Luke. Tylko się nie popłacz. - jak ja to robię? Nawet w tak krytycznej sytuacji potrafię z niego żartować. Widać trochę się uspokoił.
- Pomożesz mi w końcu wstać czy raczej dupy nie ruszysz?! - najdelikatniej jak tylko potrafił pomógł mi usiąść. Dopiero wtedy zauważyłam pod jakim dziwnym kątem mam wygiętą rękę.
- Ups. - wymsknęło mi się. 
- Charlie, serio. Ja nie chciałem. Nie wiedziałem.
- Wiesz co? Po raz pierwszy w życiu coś sobie złamałam przez jednego człowieczka. Ale teraz może byś tak zadzwonił po karetkę?
- Tak. Tak. - szukał telefonu.
- Lukey, telefon. - wyszeptałam.
- Czekaj, szukam.
- Lukey, telefon! - tym razem powiedziałam to głośniej.
- Wiem, przecież szukam. - roztrzęsiony przetrzepywał kieszenie kurtek i spodni.
- Ale Lukey... - przerwał mi.
- Do cholery jasnej, Charlie! Szukam tego pieprzonego telefonu!
- To sprawdź w tym szarym dresie! - miałam ogromną ochotę przywalić Brooksowi... Krzesłem.
- Ach... Tak. - wystukał numer. - Dzięki ufoludzie.

Kaprysiłam jak małe dziecko.
- Chcę żeby pojechali ze mną chłopcy. - wyrażałam swoją opinię na temat pt. "Brooksowie zostają, ja jadę SAMA w karetce".
- Ech... - chłopaki wtargnęli na pokład "SS Tipton" kierunek szpital. Jai zajął miejsce z mojej lewej, Beau z prawej, a Luke u stóp łóżka... Jeśli to na czym leżałam mogłam w ogóle nazwać łóżkiem!
- Już drugi raz w tym tygodniu. - powiedziałam na co cała trójka się uśmiechnęła. - Ale wiecie, mam trochę dosyć, że to cały czas mnie się obrywa. No i cały czas muszę jeździć w szlafroku. - dodałam wskazując na swoje ubranie. Jeszcze prawie nikt nie zdążył się przebrać.
- Proszę państwa, kto będzie następny? - sztuczny werbel zrobiony przez Beau. - Luke! Taradam!
Luke podrapał się po głowie.
- Myślicie, że zdążymy na 14? - spytałam. - Mam wtedy iść do tych całych...
Nie skończyłam.
- Pieluch! - że też każdy podłapał temat pampersów!

- Witam, witam. Zamierzacie być naszymi stałymi gośćmi? - już na progu doktor zauważył co się święci. Weszłam ja, a za mną chłopcy.
- Przynajmniej te dwa miesiące. - odpowiadam i szybko siadam na kozetce.
- W takim razie potrzebujecie kartę stałego klienta! - zażartował staruszek. - No, pokaż coś zrobiła...
Kiedy oglądał "zniszczenia" marszczył czoło. Typowy staruszek z pasją do zawodu, myślę.
- Jak to zrobiłaś? - nie był zaskoczony faktem iż moja ręka zapewne jest złamana.
- Spadłam na podłogę. - i tak oto nie skłamałam! No, może powiedziałam półprawdę, ale nie pytał się kto mi tę rękę złamał...
- Nieźle. Najpierw nos, a teraz wybita ręka... Masz ty w ogóle w niej czucie? - popukał mnie w nadgarstek. - Czujesz?
- Tak.
- Świetnie! Nie jest źle!
- Nie będzie bolało nastawianie, prawda? - spytałam załamanym głosem.
- Nic nie poczujesz! - obiecał. Zamknęłam oczy.
Nic nie poczułam... W zasadzie tylko usłyszałam jak coś strzeliło i ból ręki już minął.
- Skończona robota! Masz szczęście, że to lewa dłoń! - wstał ze stołka i umył ręce pod kranem.
- Na następny raz bardziej na siebie uważaj. Mam wakacje i wybieram się z rodziną nad jezioro. - strasznie zmartwiła mnie ta wiadomość.
- To kto mi znów coś nastawi? - pytam z lekka wzburzona. Takich lekarzy nie powinno się wypuszczać w wakacje na wakacje! Och, ta moja logika...
- Doctor Vivicus (czyt. ropucha). Niezbyt miły...
To mi wystarczyło by próbować wystrzegać się kontuzji jak ognia. Już i tak byłam w połowie pozszywana.

Spojrzałam na moją rękę, która wisiała na temblaku. Nie jest tak źle, powtarzałam w myślach. Nie jest tragicznie. Na miłość boską!
Dlaczego ja tak się stresuję? Nie denerwowałam się wczoraj, a dzisiaj proszę!
Nawet nie zauważam kiedy do mojego pokoju wkrada się Beau. Dopiero kiedy się odzywa uświadamiam sobie, że miał mnie podwieźć do Iwanów.
- Gotowa? - pyta nieśmiało trochę się garbiąc. Strasznie to do niego niepodobne, ale bardzo poprawia mi tym humor. P
Przyglądam się jeszcze raz sobie od stóp do głów. Miałam na sobie biały, luźny T - shirt z nadrukiem oraz dżinsowe rybaczki. Na nogach jak zwykle moje wierne, lekko podniszczone trampki. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą dużą, czarną torbę.
- Gotowa. - powiedziałam i ruszyłam po schodach na podwórze.
*Beau*
Zaoferowałem Charlie małą podwózkę. Tak żeby pobyć chwilę z nią i pogadać. Tylko ta rozmowa za bardzo się nie kleiła. Starałem się nie zerkać co chwilę w lusterko sprawdzając czy ta brązowowłosa piękność obok mnie naprawdę istnieje. Bałem się, że to tylko uroczy sen, a kiedy się obudzę Lie już u nas nie będzie.
- Na którą masz tam być? - spróbowałem zachęcić ją do rozmowy.
- Nie wiem... Nie przypominam sobie, żeby podawali konkretną godzinę. - zmartwiła się.
- A co powiedzieli? - Jezu, dlaczego ta dziewczyna w najnieporządniejszych momentach potrafi się rozgadać, a teraz kiedy chcę z nią zamienić dwa zdania trzyma język za zębami?
- Mówili, że mam przyjechać na godziny popołudniowe. - zerknąłem na zegarek.
- Jest w porządku. - uspokajam ją.
- Ładna dzisiaj pogoda. - po parominutowej ciszy w końcu zaczynamy normalna rozmowę. Ulżyło mi.
- Jak na czas zimowy w Melbourne to jet całkiem znośnie. - stwierdzam. Nagle do głowy przychodzi mi wspaniały pomysł! - Miałabyś ochotę w najbliższym czasie trochę pozwiedzać Melbourne?
Moja propozycja ja zdziwiła.
- Byłoby naprawdę super Beau... Tylko nie wiem czy będę miała tyle czasu. Rozumiesz... - rozumiem.
- To weźmiemy tego małego z sobą. Każdemu dobrze zrobi taka wycieczka. - proponuję, a tej od razu uśmiech wyskakuje na twarzy.
- Więc jesteśmy umówieni. - strasznie się cieszę, że się zgodziła.
Parkuję na brzegu, a Miki Mouse nie czeka tylko wyskakuje z auta.
- Kochany jesteś Beau. Dzięki za podwózkę. - dziękuje mi.
Kiedy jest już na chodniku pytam się jej czy po nią przyjechać, ale odmawia.
- Znam drogę! - wyjaśnia i znika w wnętrzu domu. Nie powiem, dom to nie był. To była willa Iwanów!
*Charlie*
Nawet nie zdążyłam przystanąć na progu i zapukać, ponieważ damski głos zaprosił mnie do środka.
- Dzień dobry! - wołam od progu. Moim oczom ukazuje się gosposia Iwanów. W prawdzie nie wiem jak ma na imię, ale wydaje się bardzo miła.
- Dzień dobry, dzień dobry. - kiwa głową, a jej czarne, krótkie loki podskakują przy każdym jej ruchu. Kobieta jest trochę grubsza i ma na sobie różowy fartuch w czarne kropki. Rysy jej twarzy są łagodne. Sprawia wrażenie doświadczonej i zadowolonej ze swojej pracy. Przedstawia mi się.
- Miło mi. Jestem Charlie. - uściskamy sobie ręce.
Gosposia prowadzi mnie na piętro do dziecięcego pokoju. Jest śliczny - zarówno pokój jak i mój podopieczny.
Pokój ma fioletowo - białe ściany. Po białym dywanie walają się zabawki - głównie autka i miniaturowe deskorolki.
W rogu pokoju jest łóżko z fioletową narzutą oraz białymi poduszeczkami. Znajduje się tutaj też mały stoliczek nocny, biurko, krzesło oraz szafa.
Na środku pokoju siedzi mały chłopczyk. Na oko ma on cztery lata. Ma fryzurę na "Justina Biebera". Chłopczyk ma małe rączki w których trzyma figurkę konika. Dziecko ma duże, brązowe oczy oraz takiego samego koloru włosy.
Siedzi po turecku. Ubrany jest w szary, powyciągany T - shirt oraz białe rurki. Na nogach ma kapcie - autka, które (tak przypuszczam) gdy się w nich porusza świecą na czerwono i zielono.
Chłopiec na mnie spoglądał. Był tak uroczy, że na moment zamarłam. A kiedy podniósł się z ziemi, podbiegł do mnie i przytulił się do mojej nogi zupełnie zgłupiałam.
- To twoja nowa niania. - wyjaśnia mu gosposia po czym zostawia nas sam na sam.
Chłopczyk ciągnie mnie za rękę na środek dywanu i pokazuje figurkę konika.
- Jak mas na ime? - przerywa swoją wypowiedź na temat Lucky Lukea i zwraca się do mnie.
- Charlie. - nadal nie wiem co robić. Jestem sparaliżowana urodą dziecka.
- Ja jestem JJ (czyt. Dżejdżej). - oznajmia po czym wraca do przerwanej zabawy.
- Ile masz latek? - kiedy w końcu wyrywam się z szpon totalnego osłupienia postanawiam zainteresować się JJ.
- Tsy. - pokazuje na palcach.
- Lubisz Justina? - pytam, a JJ zaczyna śpiewać.
- Baby, baby, baby, och! - i przy końcu piszczy. To rozczula moje miękkie serducho.
- Też o lubię. - wyznaję, a JJ jeszcze bardziej zaczyna piszczeć. Śmieję się z jego reakcji, a on razem ze mną ukazując swoje małe, śnieżnobiałe ząbki.
Siadam na dywanie.
- Co chciałbyś porobić JJ? - pytam.
- Nje jeśtem JJ. - zaprzecza.
- Przed chwilą mówiłeś, że masz na imię JJ. - wypominam mu. Wzdycha. - Chyba wiem co chcesz przez to powiedzieć. Co byś powiedział na nowe imię? - proponuję, a on z zapałem zgadza się.
- No to jak by pan się chciał nazywać? - próbuję udawać wojsko.
- Justin! - wykrzykuje i podnosi ręce do góry.
- Więc panie Justinie. Na co pan ma dzisiaj ochotę?
-Śpaćer! Śpaćer! - wykrzykuje i zaczyna biegać po całym pokoju.
Ja też podnoszę się z dywanu i biorę go na ręce. Śmieje się.
- Gdzie masz buciki? - ile ja dzisiaj pytań zadaję!
- Tam. - pokazuje rączką jakieś drzwi. Otwieram je.
Wchodzimy do pokoju w którym są same ubrania JJ - Justina. Podchodzę do jednej z półek, a JJ - Justin pokazuje paluszkiem na czarne skejty. Niewiarygodne, że dla małych dzieci sklepy produkują małe skejty i trampki.
Ubieram Justina w szarą bluzę z kapturem i zawiązuję mu buty.
- Chcem capke! - wykrzykuje. - Capka!
Ciągnie mnie za nogawkę moich rybaczek do wieszaków powbijanych w ścianę. Wiszą na nich małe, w różnych kolorach snapbacki. Niewiarygodne!
Pomagam Justinowi zdjąć tę którą sobie wybrał i wyruszamy w drogę. JJ - Justin chce iść sam, ale podaje mi rączkę. Oznajmiam gosposi, że idziemy na spacer i wychodzimy.
Przemierzamy ulice. Tak dla zabawy. Justin - JJ nie puszcza mojej ręki. Przy parku dla skateboardzistów JJ piszczy tak przeraźliwie i błaga mnie na kolanach żebyśmy trochę popatrzeli, że siadamy na ławce w parku.
- Justin moze tam ic? - pyta. Na chwilę się zastanawiam. Gdyby go coś potrąciło... W końcu się zgadzam, ale każę mu uważać.
Biegnie w stronę rampy. Wchodzi na nią i wspina się na sam szczyt. Zaczepiają go jacyś ludzie z deskorolkami, podają sobie ręce, przybijają piątki i żółwiki.
W pewnym momencie kiedy oni tak rozmawiają JJ wskazuje na mnie swoim paluszkiem, a potem do mnie podbiegł.
- Zośtanieny? Zośtanieny? - pytał skacząc mi na kolana.
- Nie wiem. - kim byli ci ludzie? - Chyba powinniśmy już wracać.
- Propsze... - błagał. - Kenni pokase mi tiki na descorolce.
- A kto to ta Kenni?
- Tsam jest! - wskazał na rampę. - I jest tsam tes Luke, Daniel, Mila, Ben i jaskiś chopcyk.
Zaciekawiło mnie imię Lukeya i Daniela.
- Luke Brooks? - spytałam by się upewnić. Czy chłopcy spędzali tutaj czas?
- Tsak! Tsak! Luke, Luke! - wykrzykiwał. - Idsies ze mnom?
Wziął mnie za rękę i poprowadził na rampę. Dopiero teraz zauważyłam, że razem ze swoimi deskorolkami śmigali tutaj moi kumple! Pomachałam do nich, a Luke od razu się przewrócił. Zachichotałam.
Skip zostawił Brooksa i podjechał do mnie.
- Co tu robi nasza niańka? - spytał.
- Niańczy dzieci. - odpowiedziałam. W tym czasie dołączył do nas Lukey Pookey.
Weszliśmy na sam szczyt rampy i usiedliśmy tak by nie przeszkadzać innym. Po pewnym czasie Justin - JJ przyszedł do mnie i usiadł mi na kolanach.
- Pójdsiemy na lody? - spytał. Rzeczywiście, zrobiło się strasznie gorąco.
- Jasne. - zmierzwiłam mu włosy.
- Oni s nami! Oni s nami! - piszczał i ciągnął Lukeya i Skipa za rękawy bluz.

wtorek, 13 sierpnia 2013

VI - Wypadki

*Beau*
- Dobra, dojechaliśmy! I co dalej? - byłem nieźle rozwścieczony. Najpierw Charlie, a teraz to. Nigdy nie brakowało nam pomysłów na filmiki dla fanów. Widać dzisiejszy dzień miał być wyjątkiem.
- Może po prostu przejedziemy się na tym dużym Rollercoasterze? - zaproponowała Veronica, pełna optymizmu dziewczyna Jamesa. Rzygać mi się chciało na jej widok. (czyt. Rzygać mi się DZISIAJ chce na jej widok).
Zgodziliśmy się. Nie wiem po co to robimy. Dla fanów? Przecież nie ma z nami asa Lukeya. I obiecaliśmy, że w filmiku pokażemy naszych gości.
- Nie smuć się Beau. - nawet nie zauważyłem brata Lie który ciągnął mnie za rękaw koszulki. - Charlie z tego wyjdzie, prawda?
- No jasne mały. - kiedy już miałem opowiedzieć mu jakąś ripostę do akcji wkroczył Skip.
- A ty co? - warknąłem. - Mamuśka się znalazła?!
- Stary, to tylko dzieciak. Spuść na luz.
- Nie spuszczę na luz!
- To o Charlie chodzi, prawda? I o to, że Luke został z nią, a nie ty. - przerwał na chwilę. - Ty jesteś normalnie zazdrosny o własnego brata!
*Daniel*
No tak, czego ja się spodziewałem... Potwierdzenia na noje stwierdzenie faktu oczywistego? To, że Beau powie "Stary, taka prawda.". Ale nie! On zawsze musi być taki... Taki... Taki nierozważny. No dobra, mówi to ktoś kto w samych majtkach chodził po centrum ale taka jest prawda. Nawet mam odpowiednią definicję dla tego chłopaka.
"Beau Brooks - zakochany smarkacz z nosem w chmurach. Trochę zboczony."
- Chcę zostać sam. - Beau spuścił z tonu i przysiadł na ławce przed bramą wjazdową.
- Okey, dajmy mu chwilę. - nie wierzyłem własnym uszom! Czy ta Veronica postradała zmysły?! Jeśli zostawimy Beau sam na sam na pewno wróci do domu! Nie zostawię tego tak...
Udając, że zmierzam z wszystkimi na Rollercoaster wskoczyłem niezauważony do pobliskich krzaków. Nieźle się przy tym poobijałem, ale myślę, że jest warto poświęcić się dla przyjaciela.
Zakradłem się od tyłu w to samo miejsce w którym jeszcze przed sekundą siedział Beau... Nie było go! Zniknął! Rozpłynął się w powietrzu!
- Czego tu szukasz stary? - podskoczyłem jakby mi ktoś ogniem w twarz splunął, tak się przestraszyłem! - Sutka zgubiłeś?
To był Beau... Co za wtopa. Zawsze jak próbuje kogoś namierzyć oni muszą wiedzieć gdzie jestem! Och...
Starszy Brooks wyciągnął mnie z krzaków dosyć brutalnie. Stanęliśmy twarzą w twarz.
- No, to gdzie ten sutek? - humor mu się poprawił i wyraźnie był ucieszony. Ciekawe z jakiego powodu...
- Już się znalazł. - poprawiłem sobie sweter i odszedłem na bok.
*Charlie*
Moglibyśmy stać tak wieczność. Niestety tą wyjątkową (czyt. romantyczną) chwilę przerwał nam dzwonek mojego telefonu. Luke odsunął się ode mnie, a ja postanowiłam usiąść trochę dalej od brzegu budynku.
- Halo? - cała się trzęsłam. Kto mógł dzwonić? Że też prawie nigdy nie zapisuję sobie numerów telefonu!
- Charlie? - dobiegł mnie nieco zdeformowany, nieznajomy głos. Jeszcze bardziej zaczęłam dygotać, a Brooks widząc to przyciągnął mnie do siebie i trzymał w objęciach. Na szyi poczułam jego gorący oddech.
- K... Kto mówi? - zadałam chyba normalne pytanie prawda? A ten głos nakrzyczał na mnie jakbym zabiła jakiegoś człowieka.
- Nie poznajesz mnie?! Co z ciebie za dziecko, własnego rodzica nie poznać! Wstydź się! Wstydź! Gdzie teraz jesteś?
- Tata? - przerwałam jego wrzaski. To niemożliwe, żeby po tylu latach... Nie, to na pewno jakaś pomyłka.
- A kto inny? Tata, tata... - zaskrzeczał. Odszukałam dłoń mojego przyjaciela i wplotłam palce w jego. Raz po raz muskał moją skórę ustami co przyprawiało mnie o przyjemnie ciepło rozchodzące się po całym moim ciele.
- Jak mnie znalazłeś? - nie byłam zachwycona telefonem od ojca.
- Długo szukać mi nie kazałaś. Jesteś w książce telefonicznej. - wyjaśniał teraz już spokojniej. - Co robisz?
Musiałam skłamać. Przecież nie powiesz ojcu, że właśnie siedzisz na dachu domu z chłopakiem i trzymasz go za rękę. Zerknęłam na wyświetlacz telefonu. No tak, było jeszcze dosyć wcześnie.
- Robię śniadanie Tomowi. - starałam się jak mogłam żeby nie wzbudzić podejrzeń ojca.
- Jesteś bardzo zajęta? Wpadłbym może... - zastanawiał się chwile O nie, zły znak. Ojciec czegoś pewnie od nas chce. - Mieszkacie właściwie jeszcze pod tym samym adresem?
- Nie. Przeprowadziliśmy się. - znowu kłamstwo. - Do znajomej mamy, na Hawaje.
Ugch... Niech mama lepiej zastrzeże wszystkie numery...
- Wielka szkoda... Miałem dla was prezenty. - stosował taktykę "Dam ci coś w zamian jeśli podasz mi swój adres zamieszkania".
- No nic, wielka szkoda, ze Tinny nie dostanie prezentu. - dopiero teraz zauważyłam, że półleżę na posadzce.
- Tinny... Powiedz, jak on się miewa?
- Ma się całkiem dobrze.
- Mógłbym jakoś... Pomóc wam? - spytał niepewnie. Jasne, najbardziej nam pomożesz jeśli zostawisz nas w spokoju. - Mógłbym ci opłacić dobrą uczelnię, albo przedszkole dla chłopaka...
- Nie sądzę, by to było potrzebne. - dlaczego ja leżę na podłodze?!
- Ach... No tak. A co powiesz na nowe autko?
Nowe auto? Tak łatwo się nie dam.
- Nie trzeba. Na gwiazdkę dostałam nowego jaguara. - i kolejne kłamstewko.
- Uch... No to się chyba wam powodzi. - postanowiłam być trochę milsza dla ojca.
- A jak tam u ciebie? - dobra, może mój głos był trochę za słodki, ale ojciec pewnie się nie domyśli.
- No wiesz... W końcu złapałem jakąś stałą robotę w warsztacie... Mam mieszkanko, znajomych. Tylko tu tak... Pusto bez moich wrzeszczących dzieciaczków. - czy ja się przesłyszałam? Ojciec znalazł pracę? Kupił Mieszkanie?
- To super.
- To super. - powtórzył. - Wiesz Lie... - wstrzymałam oddech. - Tęsknię za wami. Tak cholernie żałuję, że was wtedy zostawiłem samych...
Słuchawka upadła... Zamknęłam oczy. Chcę umrzeć. Teraz, zaraz.
- Halo? Charlie? Charlie, nic ci nie jest? Charlie słyszysz mnie? Dziecko... - słychać jeszcze było, a potem cały świat spłynął wraz z potokiem łez ściekających po moich policzkach.
*Jai*
"No to co się w końcu stało?" - pisała Ariana.
"Właściwie to niewiele wiem. Możliwe, że to z tego nosa." - odpisałem na jej esemesa.
"Jakiego nosa? Jai, ja nic nie wiem!" - skarżyła się.
"Dzisiaj rano Charlie złamała nos." - wyjaśniłem.
"Ale jak?" - Ariana była spragniona gorących newsów.
"Wpadła na Luka."
"I zemdlała?"
"Wtedy jeszcze nie. Kazała nam iść na karuzele. Został z nią Lukey, a kiedy przyszliśmy
zobaczyliśmy na wpół nieprzytomną Lie i Lukeya!"
"Wyjaśnił już co się stało?"
"Wie tylko tyle, że Charlie dostała dziwny telefon od jakiegoś gościa, rozmawiała z nim i nagle znalazła się na ziemi."
"Jak się zbudzi życz jej ode mnie zdrowia. Biedaczka... Całuję."
"Ja też. Kocham cię."
Esemesowałem z Arianą.
Kiedy właśnie dowiedzieliśmy się, że Charlie zemdlała z byle powodu opuściła mnie moja pewność siebie. A może dziewczyna na coś choruje? Skąd te omdlenia? Już drugi raz...
*Beau*
Wróciliśmy zaraz po nakręceniu filmiku. Niezbyt nam wyszedł, nikt prawie nie skupiał się na tym co mamy zrobić. Każdy błądził myślami wokół informacji która dostaliśmy od Lukea - "Charlie zemdlała. Jest źle."
W wyniku tego zaraz po trzyminutowych "wygłupach" popędziliśmy drogą w stronę domu.

Nawet dobrze nie zaparkowałem na podjeździe kiedy już wszyscy wyskoczyli z samochodu i popędzili do domu.
*Luke*
Jezus Maria! Jak ja się przestraszyłem! Najpierw dziewczyna złamała nos, zemdlała, wróciła i znowu zemdlała! Ona chce mnie wykończyć psychicznie! Zawału bym tu dostał...
*Veronica*
- Jedziemy z nią do szpitala? - pytał James. Nikt nie udzielił mu odpowiedzi, wszyscy krzątali się wokół zapłakanego Tinniego i na wpół przytomnej Charlie.
- Nie! - jak na zawołanie z półminutowym opóźnieniem ocknęła się Charlie podnosząc gwałtownie ręce do góry i krztusząc się.
- Boże święty! - zawołał Skip. - Ona się zaraz udusi!
- Wody... - wychrypiała. - Wody!
Pobiegłam do kuchni po kubek i nalałam do niego wody z kranu, którą podałam Lie.
- Jak się masz? - spytałam najłagodniej jak tylko mogłam i przysiadłam na podłodze.
- Przepraszam. - jęknęła cicho.
- Czy coś cię boli? - czułam się jak matka pytająca swoje dziecko czy jest chore. Lie dotknęła swoich skroni.
- Głowa. - wyjąkała.
- Jesteś strasznie blada. - stwierdzam i podaję jej jeszcze jedną szklankę wody.
- Mogę wstać? - pyta, a Jai i James automatycznie pomagają jej się podnieść.
- Jasne! Tylko powiedz jak będzie ci się kręciło w głowie. - ostrzegam ją surowym tonem mamuśki dbającej by jej dziecko się nie przeziębiło.
Powoli powlokła się na górę.
- Jeśli mogę, pójdę do siebie. - oznajmiła i już jej nie było.

Przyłożyłam palec do ust w geście "Uciszcie się matołki!". Odgłosy jak z ulu znikły i zastąpiła je grobowa cisza. Pokręciłam z niedowierzaniem głową i przez sekundę rozkoszowałam się tą ciszą.
- Dzięki. Tak lepiej. - odchrząknęłam. - To teraz może sprawdzimy co z naszym video?
- A Charlie? Myślicie, że nic jej nie będzie? - dopytywał się Tom.
- Nie martw się. To od nadmiaru wrażeń. - zmierzwiłam mu włosy.
- I tak nic z tego nie wyszło. Oglądałem już to z Beau chyba z dwieście razy! - James w teatralnym geście podniósł ręce do góry. - Nic z tego.
- Chcę to zobaczyć! - upierałam się aż w końcu Luke odtworzył filmik na którym widać było chłopaków.
Byli dziwnie przygaszeni i tacy... Smutni. Nieludzcy. To nie było Janoskians!
*Charlie*
Przyczaiłam się na chodach tam, gdzie schody prowadziły na piętro i czekałam. Nie wiem właściwie co chciałam usłyszeć "Charlie jest nienormalna" albo "Co się z nią dzieje!" z ust jednego z chłopaków. Ale nie usłyszałam nic prócz cienkiego głosu należącego do Very. Mówiła coś o jakimś video...
- Tak... Nie... No ba! - dolatywały mnie strzępki rozmów. - Daniel... Nie! Jak możesz... To nie... Charlie jest... Tak... Na co mi... Ach tak... No co ty nie... Nie możesz tak... Zabraniam!
A potem słyszałam odgłos skrzypiących schodów i zaraz obok mnie stanął Luke.
- Co robisz? - spytał z zawadiackim uśmiechem dotykając mojego odsłoniętego ramienia. A potem się zaśmiał!
- Tak, tak. To naprawdę bardzo śmieszne, ze leżę sobie na podłodze... - nie skończyłam bo przytknął mi palec do ust i zaprowadził do pokoju.
- Śpię z tobą. - rzucił się na moje łóżko udając, że zasnął.
- Luke... - próbowałam go zrzucić. Zaraz, zaraz... Gdzieś już tę scenę widziałam!
Usiadł na łóżku opierając się o ścianę. Poszłam w jego ślady i usiadłam obok niego.
- Przeszkadzam wam, co nie? - spytałam po chwili ciszy. - No wiesz, te ciągłe zawroty głowy, szpital. Macie dodatkowe zmartwienia.
Spuściłam wzrok. Tak strasznie było mi głupio, że musieliśmy jechać do szpitala i, że właśnie straciłam przytomność.
- Okey, nie ukrywam. Martwimy się o ciebie... - objął mnie ramieniem. - Więc co proponujesz?
- Pójdę do pracy. - a kiedy spotkałam zdziwiony wzrok Lukeya dodałam. - Sama kupię sobie żarcie. No i nie będzie mnie w domu.
*Luke*
Czy ona powariowała?! To my się tutaj boimy, że się jej coś stanie w domu, a ona wyskakuje tutaj z robotą! W głowie mi się nie mieści! No, okey. Może i by było znacznie lepiej jeśliby pracowała, ale mam przeczucie, że ona chce iść do pracy tylko dlatego, żeby usunąć siebie z naszej drogi. Tak jakby nie wiedziała, że idziemy tą samą niewydeptaną ścieżką!
Więc co ta mała wyprawia?
- Okey. - po pewnym czasie wstępnie się zgodziłem. - Ale co będziesz robić? Cały dzień roznosić ulotki?
Wyczuła w moim głosie sarkazm.
- Będę nianią. - zaraz, czy ona właśnie proponowała, że zajmie się cudzymi dziećmi? Że będzie za nimi latała i przewijała im pieluchy dzień w dzień czy to piątek czy sobota, czy burza czy słota? Nawet w nocy?
Podałem jej termometr do mierzenia temperatury.
- Luke, nie mam gorączki! - wypierała się podczas gdy ja próbowałem nakłonić ja do włożenia do ust termometru.
- Rzeczywiście, 36 stopni. - w końcu kiedy po raz trzeci mierzyłem jej temperaturę musiałem jej przyznać rację - była zdrowa jak ryba!
- Chcesz sobie zafundować właśnie przewijanie pieluch? - pytam tak od czapy, a ona uderza mnie prosto w ramię. Dlaczego dziewczyny zawsze tak robią? No tak, żeby potrenować siłę. Nie powiem, trochę to uderzenie zabolało...
- No... Po prostu chcę spróbować. - patrzę na nią jak na idiotkę. To mi już wystarczy, że mam Jaia i Beau, a ona chce zabawiać jakieś dzieciaki. - Pomożesz mi? Proszę...
Wyciągnęła ręce w błagalnym geście. No i co ja mam teraz zrobić? Pomóc jej? Jak dobrze siebie znam (czyt. jak dobrze znam swój uparty charakter) to Lie raczej nie odpuści.
- Musisz? - pytam z nadzieją, że jeszcze nie wszystko stracone.
- Nie chcę wam przeszkadzać... - aż się serce kraja gdy się patrzy na jej smutną minkę. - To co? Pomożesz czy mam sama załatwić sobie pracę?
Głośno przełknąłem ślinę.
- Możesz na mnie liczyć. - i takimi oto słowami zapieczętowałem kopertę idącą do "Niani".

sobota, 10 sierpnia 2013

V - Sprzeczki

*Gina*
Poszłam do pokoju Charlie sprawdzić czy już zasnęła. Przy okazji chciałam się jej dokładniej przyjrzeć. Wiem, że była krucha jak ciasteczko. Pewnie strasznie mało je, pomyślałam gdy ją zobaczyłam. Na taką chudzinkę trudno znaleźć dobre ubrania! Nie była zbyt wysoka, może miała 168 cm wzrostu?
Po domu chodziłam na palcach by nikogo nie zbudzić. Beau oznajmił mi wcześniej, że pójdzie już spać. Rozumiem go dobrze - to był wyczerpujący dzień dla wszystkich.
Kiedy wchodziłam po schodach miałam nadzieję, że nie zaskrzypią jak to na pozór bywa. Szczęście mi dopisało, a kiedy znalazłam się na szczycie pomyślałam - Gina, co to robisz?! Chcesz ją na czymś przyłapać?
Nie, oczywiście bardzo polubiłam Charlie. Wydaje się taka mała i bezbronna. Szkoda, że jej młodszy brat nie mógł u nas zostać. No cóż, my z chłopcami ledwo się tutaj mieścimy. No i jest jeszcze Lala.
Drzwi jej pokoju były uchylone. Zapewne się nie domykają, myślę i postępuję dwa kroki na przód.
Klęczeli... Nie, nie. Nie klęczeli. Leżeli wręcz rozpłaszczeni na podłodze. Jakby ich walec przejechał! Przytulali się do siebie. Zauważyłam, że dziewczyna ma spuchnięte oczy.
Luke był bez koszulki. Wstyd mi mówić co sobie wtedy pomyślałam. Najpierw poczułam ulgę - zawsze miałam lęki, że jeden z moich synów nigdy nie znajdzie dziewczyny i do końca życia będzie sam. Ale potem zalała mnie fala bólu. Przecież oni teraz mogli się całować, spać razem albo Bóg jeden wie co jeszcze!
Nie byłam zła. Byłam zdezorientowana. Nie wiedziałam czy mam się wycofać i pozwolić by dokończyli to co zaczęli albo i nie zaczęli.
Gina, no myśl! Jesteś odpowiedzialną matką. Czy pozwolić żeby za moimi plecami przeżyli swój... Ach nie! Nawet tak nie mogę myśleć!
Chrząknęłam zmieszana tym widokiem. Jak na zawołanie oboje od siebie odskoczyli. Chciało mi się śmiać na widok ich przerażonych min. Tak, mamuśka nakryła dzieciaczki, a teraz kara.
Oboje w tym samym momencie skrzywili się i wygięli usta w podkówkę. To rozśmieszyło mnie jeszcze bardziej. Zdałam sobie sprawę, że oni mi kogoś przypominają. Oboje byli do siebie podobni. Może nie fizycznie ale emocjonalnie tak. Zachowywali się podobnie co mnie bardzo zdziwiło.
Tak, już raz przeżyłam taką sytuację. Podobną nawet. Była to Ariana i Jai. Też siedzieli w tym pokoju tyle, że oni się całowali. Też weszłam w nieodpowiednim momencie i też byli tak bardzo przerażeni.
Śmiałam się nie zdając sobie z tego sprawy. Młodzież wytrzeszczała oczy, a mnie to coraz bardziej śmieszyło.
- Jai i Ariana... - zdążyłam wydusić z siebie kiedy wychodziłam.
*Luke*
Serce waliło mi sto razy szybciej. Co to tam sto! Milion! Boże, nie wiem co mama sobie o nas pomyślała. No tak, nie pierwszy raz widzi takie rzeczy.
Planowałem zerknąć na Charlie i sprawdzić czy jest tak samo zażenowana jak ja. Już wiem dlaczego mama się z nas śmiała. Musieliśmy mieć komiczne miny, gdy ją zobaczyliśmy!
Wiłem się na ziemi podczas gdy Lie obdarowywała mnie łaskotkami. Przy niej mogłem być sobą! Każdy milimetr mojego ciała w tamtej chwili był szczęśliwy.
- Nie śmiej się ze mnie! - piszczała. - To było straszne!
Zrobiła ślicznego zeza. No, nie wiem czy zez może być śliczny, ale w jej wykonaniu wyglądało to uroczo. Pokazała mi język nie przerywając łaskotek.
Kiedy skończyliśmy wygłupy (przez przypadek wpadliśmy na siebie i zderzyliśmy się głowami) usiedliśmy opierając się o łóżko. Zdobyłem w sobie na tyle odwagi by położyć się na jej kolanach.
Zaczęła czochrać mi włosy. Było to nawet przyjemne chociaż nigdy nie lubiłem kiedy ktoś tak robił.
*Charlie*
Oparł brodę na moim kolanie robiąc przy tym oczy kota z tej bajki animowanej "Shrek". Miał miękkie, puszyste włosy które raz po raz przeczesywałam palcami.
- Lubię cię. - powiedział unosząc lekko głowę.
- Ja też cię lubię. - odpowiedziałam. Uśmiechnął się łobuzersko.
Boże, jak ja uwielbiam ten uśmiech! Coś jakby mieszanka wdzięczności, radości. I oczywiście nieśmiałości. To było takie urocze!
Kiedy przestałam dotykać jego włosów przyciągnął moją rękę do siebie i zaczął bawić się moimi palcami. To je prostował, to zginał. Małym palcem zataczał kółeczka na zewnętrznej stronie mojej dłoni. Gładził moją skórę.
- Chcieliśmy iść jutro z chłopakami do Wesołego Miasteczka. - oznajmia mi. Nie wiem co mam powiedzieć i czy ja też mam się z nimi wybrać. - Masz ochotę iść z nami?
- Jeśli się nie wpraszam i nie kupicie za mnie biletów to może pójdę. - postanawiam się z nim trochę podroczyć. 
- My stawiamy. - znowu ten uśmiech. Dlaczego ja tak nie potrafię?!
- Luke. - mówię i podnoszę się z ziemi. - I tak dla mnie dużo robicie. Aż za dużo. Przecież mogę u was mieszkać. - mój towarzysz też wstaje. - Ach, no i jeszcze ten McDonald!
Widać, że trochę sposępniał kiedy wspomniałam o naszym wczorajszym śniadaniu.
- Przepraszam za tamto. - mówię i chcę go przytulić w ramach przeprosin.
- Ja też przepraszam. - trwamy w uścisku. - Czasami zachowuję się jak dupek.
Śmieję się z jego wyznania.
- Ja też/ - przyznaję.
- Kiedy cię urażę, albo będę nieznośny po prostu daj mi w twarz, ok? - pyta, a ja nie wierzę, że właśnie w takich momentach jak ten dzisiaj (czyt. wczoraj) mam mu po prostu przywalić. - Zrobisz tak?
- Nie. Chyba sobie żartujesz. - dźgam go w policzek, a ten się śmieje.
- Zrobisz to! Zrobisz! - namawia mnie. - Na jutro postaraj się wyspać. I nie śnij o mnie, bo będę musiał tutaj przyjść! - robi dzióbek i odchodzi.
Jeszcze nie mogę uwierzyć, że mam przyjaciela. Tak z godziny na godzinę!
Kiedy biorę prysznic znów zamykam na klucz wszystkie drzwi prowadzące do łazienki. Nigdy nie mam pewności czy w trakcie mojego użytkowania ktoś tutaj po prostu nie wejdzie. Taki ktoś jak Beau, który już pięć minut stoi pod drzwiami i próbuje je otworzyć.
- Beau, zaraz wychodzę! - krzyczę do niego by się uspokoił. Rzecz jasna jestem dopiero w połowie kąpieli, więc nie mogę tak po prostu wyjść.
- Lie, to mi zajmie tylko minutkę! - błaga bym mu ustąpiła. - Nawet nie spojrzę w twoją stronę!
Nasza "rozmowa" toczy się niczym koło. Ja biorę prysznic, a Beau dobija się do drzwi. Chyba ktoś jeszcze przyszedł bo słyszę czyjąś kłótnię.
- Beau, daj jej pięć minut! - krzyczy przybyły osobnik płci męskiej.
- Chcę tylko zabrać mój telefon! - tłumaczy Beau.
Zaraz rozpęta się piekło, myślę. I to przeze mnie. Dobra, otworzę mu te cholerne drzwi!
Ale kiedy już mam wychodzić spod kabiny prysznica ktoś niespodziewanie otwiera drzwi.
- To tylko ja. - oznajmia Beau. Mam nadzieję, że nie patrzy w moją stronę. W prawdzie drzwi do kabiny są ze szkła które ma tę właściwość, że rozmazuje wszystko co się za nim znajduję. Jednak nigdy nie ma się pewności...
- Beau wychodź! - teraz już rozpoznaję, kto kłócił się z Beau. To był Lukey, a teraz najwyraźniej też postanowił wejść do łazienki.
- Czy ja już naprawdę nie mogę wyjść spod tej kabiny?! - pytam.
- Możesz! - krzyczy na cały głos Beau. - Chętnie popatrzymy!
Nie ruszają się z miejsca. Luke się śmieje, Beau zresztą też. Zaraz przybiega Daniel i dotłacza do grupy obserwatorów. Z moich ust wyrwało się głośne westchnienie. Znowu śmiechy.
- Lukey, jeśli liczysz na to, że ujdzie ci to na sucho to się mylisz! - próbuje udawać zagniewaną, ale tak naprawdę śmieję się razem z nimi.
- Mam go tam wciągnąć? - pyta Skip. Przeczę. - Mówiłaś, że nie ujdzie mu to na sucho! Nie dotrzymujesz słowa!
Teraz to dopiero jest nam do śmiechu. Byłabym stała pewnie tak całą noc i ranek. Na szczęście wybawił mnie Jai i wypchał wszystkich na zewnątrz.
- Wybacz mi ich. - mówił kiedy zamykał znowu drzwi na klucz. - Są...
- Nieznośną bandą zboczeńców! - mówię dla żartów.
*Jai*
- Banda zboczeńców! - krzyczę już z samego rana kiedy Beau i Luke pojawiają się w kuchni. Podaję im ich porcję płatków z mlekiem. - Dziewczynę swoją podglądajcie!
Śmieją się. Mi też jest do śmiechu chociaż wiem, że powinien stawić się w obronie Charlie.
- Obudziła się? - pyta Beau. Oboje stoją bez koszulki, tak samo jak ja.
- Chyba nie. - odpowiadam. Brooks bierze gitarę i pędzi do pokoju Lie. Oboje z bratem idziemy za nim.
Wskakujemy na jej łóżko i robimy dziwne pozy. Już po chwili towarzyszy nam piosenka "I'm sexy and I know it". Śmiejemy się i skaczemy po łóżku. Wszystkim udziela się dobry humor - nawet naszemu zaspanemu śpiochowi. Mój brat bliźniak próbuje śpiewać i już po chwili wyciągamy Lie za nogi z łóżka. Mamy przy tym dużo śmiechu i zabawy.
W trakcie pierwszego podejścia prawie ściągnęliśmy z niej spodenki od dresu!
*Beau*
To było coś! Nie każdego ranka chodzimy i budzimy tymi sposobami każdego z domowników! Była zabawa!
- Dobra! Koniec tego! - krzyczę na cały głos. - Idziemy na śniadanie.
Dojadam moje płatki, a w między czasie mówię Charlie gdzie może znaleźć płatki, talerze, sztućce i mleko.
Po skończonym śniadaniu idziemy się ubierać. Biegnę do łazienki, żeby zająć ją wcześniej od Charlie. Niestety - ktoś już mnie wyprzedził. Spod prysznica dobiega nas głos Jaia śpiewającego nasz nowy kawałek.
Walimy w drzwi. Jednak on nie otwiera. Postanawiam posunąć się do wczorajszej taktyki.
*Charlie*
Beau wyjmuje spinkę do włosów i wsadza ją w szparę między drzwiami. Nie uda mu się. Już chcę wracać do siebie kiedy potykając się o własne nogi wpadam na Lukea.
- Ale masz niefart! - dotknęłam ręką mojego nosa. Krwawił. Nie lubię krwi.
Kręci mi się w głowie, dopiero co zjedzone śniadanie podchodzi do gardła. Chwytam się ściany by nie upaść. Czuję się tak jakbym tonęła. Zza wody słyszę przyciszone głosy. Beau przestał majstrować przy drzwiach i teraz oboje z bratem klęczą nade mną. Okazuje się, że osunęłam się na ziemię. Podtrzymując mnie w talii ruszamy do salonu. Luke biegnie obudzić Ginę. Nie wiemy co mamy robić. Przed Giną zjawia się Jai. Cały czas świat wokół mnie wiruje. Czuję tylko jak Beau podtrzymuje mnie ramieniem.
Jai podaje nam mokrą szmatkę i każe mi trzymać głowę w dół. Z trudem wypełniam jego polecenie. Przykłada mi szmatkę do krwawiącego wciąż nosa. Szczypie.
Zjawia się mama chłopaków. W szlafroku, cała przerażona patrzy na mnie. Nie umiem odgadnąć jej wyrazu twarzy.
- Biedne dziecko! Co się stało? - zwraca się do Beau.
- Wpadła na Lukeya. - ciężko oddycham. Robi mi się niedobrze, ale nie wymiotuję.
- Nie lubisz krwi? - teraz Gina pyta mnie. Cicho przytakuję. - Kiedy nos skończy krwawić zawołajcie mnie. Idę się umyć.
Po paru minutach nos przestaje krwawić. Wszystko wraca do normy chociaż i tak mam ochotę zwymiotować.
- Fuck! - klnę pod nosem. Właściwie nie wiem czy można nazwać to kleniem pod nosem. Przecież mój jest rozwalony!
Odkładam na bok ściereczkę. Chłopcy patrzą na mój nos ze zdziwieniem.
- Jest aż tak źle? - jęczę. Przytakują.
Przychodzi już ubrana Gina. Ogląda mój nos z daleka.
- Trzeba będzie jechać do szpitala. - oznajmia. Beau już ubiera buty, tak samo jak Luke. - Chyba jest złamany.
Pomagają mi się ubrać i przykładam sobie ściereczkę do nosa. Pierwszy dzień wakacji, a ja już z kontuzją!
Gina nie może jechać z nami, ponieważ musi iść do pracy. Ale za to zabiera się z nami Jai. W drodze dzwonią do Skipa i Jamesa powiadając o moim feralnym wypadku.
Przed szpitalem zatrzymujemy się i wysiadamy. Mogę iść o własnych siłach, ale chłopaki upierają się by mnie ponieść. Stawiam na swoim.
- W czym mogę pomóc? - pyta od progu pielęgniarka. Wyjaśniamy jej całą sytuację oraz pokazujemy
nos. Jest trochę przerażona tym widokiem.
- Jesteś niepełnoletnia? - pyta. Potakuję. - Wszyscy jesteście niepełnoletni?
- Charlie to jedyna niepełnoletnia. - wyjaśnia Jai. Siadam na krzesełku. - W gabinecie podpisze ktoś z was oświadczenie, że wyrażacie zgodę na leczenie. Sala numer 108. Dać wam wózek?
Odmawiam. Pomimo tego, że nie lubię krwi już mi jest lepiej. Bez czekania wchodzimy do gabinetu. Doktor wyprasza wszystkich prócz mnie i każde się położyć na kozetce. W trakcie nastawiania mi nosa wypytuje mnie o różne rzeczy.
- Jak się tak załatwiłaś? - pomimo tego, że mnie zagaduje i tak boli.
- Wpadłam na kolegę. - patrzy na mnie z niedowierzaniem. - Jednego z bliźniaków. Z całej siły.
- Nie jesteś stąd?
- Nie. Jestem na wakacjach. - doktor się śmieje. Jest staruszkiem, pewnie zaraz ma przejść na emeryturę.
- Piękny początek wakacji. Dużo czasu spędzasz w szpitalach?
- Bardzo. Zwykle odnoszę dużo obrażeń.
- Zła koordynacja ruchowa?
- Coś jakby to. Jestem strasznie rozkojarzona.
- I już po sprawie. - oświadcza, a ja wzdrygam się na myśl jak teraz muszę wyglądać. Doktor uśmiecha się serdecznie. - Nie martw się. Nie wygląda to tak źle. Oczyściłem ranę i przykleiłem plasterek. Gdyby bardzo bolało weź tabletkę przeciwbólową. Zgłoś się za trzy tygodnie we sobotę. Zobaczymy czy się już wszystko pięknie zrosło. Niech któryś z twoich kolegów przyjdzie podpisać papiery!
Wychodzę z gabinetu. Nie lubię szpitali, nie lubię, nie lubię! Cała jestem zesztywniała. Luke od razu obejmuje mnie ramieniem.
- Beau, idź podpisać dokumenty. - wchodzi do środka, a my wychodzimy z budynku.
- Było aż tak źle? - pyta Jai.
- Nie, dlaczego?
- Strasznie krzyczałaś. - odpowiada Lukey. Nawet nie wiedziałam. - Nosek boli?
- Zamknij się Lukey. Zaraz ty zostaniesz bez nosa! - grożę mu, a on jeszcze głośniej się śmieje. Daję mu kuksańca w bok.

Kiedy mamy już wsiadać do auta zauważam Daniela, Jamesa i Toma. Czekają przy czerwonym volkswagenie. Stoi przy nich też śliczna, brązowowłosa dziewczyna. Ma na sobie wysokie szpilki, białe szorty oraz luźną bluzkę. Krzywię się na jej widok i strasznie bolą mnie stopy. Zastanawiam się jak ona potrafi ustać na takim wysokim obcasie. Ja sama nigdy nie założyłam szpilek. Nie licząc tego jednego razu kiedy musiałam wprosić się na urodziny naszej szkolnej "Królowej". By za bardzo nie wyróżniać się z tłumu musiałam włożyć czarne szpilki. I tak całą resztę wieczoru spędziłam chodząc boso.
Wszyscy są wyraźnie zmartwieni. Próbuję się uśmiechnąć, by dać im znać, że ze mną wszystko ok, ale chyba mają to gdzieś.
- Co się stało? - pyta niespokojny James.
- Żyjesz jeszcze? Wyglądasz jak trup! - drze się Skip.
Podbiega do mnie Tinny. Przykucam na jedno kolano i już po chwili podnoszę go na ręce. Przytula się do mojego ramienia. Wszyscy milkną.
- Do twarzy ci w tym plasterku. - jako jedyny powiedział coś sensownego. Całuję go w policzek, a wszyscy wzdychają zauroczeni.
- Martwiłam się o ciebie. - wyznaję i stawiam go na ziemię.
Jai niczym mój ochroniarz uspokaja i odgania ode mnie całą zgraję.
- Pytania w domu. - i już siedzimy w aucie.
Wysiadamy i już zaczęli się do mnie dobierać.
- Opowiedz nam szczegóły! - prosi Daniel. Owa brunetka stoi gdzieś obok Jamesa. Uspokajam wszystkich gestem.
- Potknęłam się i po prostu wpadłam na Lukea. - wyjaśniam i mam nadzieję, że tym sposobem się ich pozbędę.
- Jakim cudem złamałaś nos?! - nadal wrzeszczy Daniel. - Chyba musiałaś się z nim bić, a nie wpaść!
- Uderzyła w moją rękę. - mówi ze wstydem Lukey. - Chciałem otworzyć drzwi i w nieodpowiednim momencie na siebie wpadliśmy.
James i dziewczyna robią wielkie oczy. Najwyraźniej nam nieco nie wierzą. No cóż, taka była prawda. Chyba. Nie pamiętam czy Luke chciał otworzyć drzwi...
- Dobra, dobra! Chcę żeby dziewczyny się poznały. - teraz odzywa się James. - Veronica, to jest Charlie.
- Miki Mouse! - wrzeszczy z sąsiedniego pokoju Beau.
- Miki Mouse, Lie, Mia oraz Cher. Charlie, to jest Veronica Bravo. Moja dziewczyna. - podajemy sobie dłonie. Dziewczyna ma miękką skórę dłoni.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że pewnie zepsułam wszystkim wypad do Wesołego Miasteczka. Mimowolnie wzdycham.
- Boli bardziej? - pyta Veronica. Ma miękki, aksamitny głos.
- Nie. Pewnie zepsułam wam zabawę. - znowu jęczałam.
- No coś ty! Nie idziemy bez ciebie! Myślisz, że pozbawimy cię takiej frajdy?! - Beau był nieźle nakręcony. - Zostajemy!
I już siedział na kanapie, a ja zaczęłam go spychać.
- Nie, wy idźcie. Ja zostanę. - proponuję. Naprawdę nie chcę ich pozbawić dobrej zabawy, a ja nie czuję się na siłach by pokazać się w plasterku na nosie przed widownią.
- Zostajemy! - jego stronę wziął Skip. Posłałam mu mordercze spojrzenie.
- Chłopaki, ona ma rację. - wreszcie ktoś stanął po mojej stronie!
- A kto z nią zostanie?! - teraz już nasza rozmowa przeszła w krzyki. Rękę podniósł Luke.
- No widzisz?! Lukey jest chętny! - Jai Jai, Jai! Jak ja cię kocham! Mój wybawca!
Beau spojrzał na mnie z miną smutnego szczeniaczka. Zupełnie tak jak Luke, pomyślałam. Postanowiłam zlekceważyć jego spojrzenie i kontynuować.
- Nawet Luke nie musi ze mną zostawać. Prześpię się czy coś... I tyle. No, idźcie już!
- Nie. Jeśli już mamy iść niech Brooks zostanie. - Beau chce postawić na swoim.
- Nie. Charlie ma rację. Bilety przepadną. Poza tym fani będą niepocieszeni, że nie nakręciliście filmiku! - teraz Veronica kontrolowała sprawę. - Myślę, że powinniśmy iść. Luke sam się zgłosił żeby zostać. Prawda, nie zostawimy Miki Mouse bez opieki. - zaczerpnęła oddech. - Charlie i Lukey zostają, a my idziemy nakręcić filmik!
Niewiarygodne! ONA ich przekonała! Nie do wiary! Pójdą! Pójdą!
By nie stracić wiarygodności podjęłam temat fanów.
- No właśnie. Chyba nie chcecie żeby fani się złościli? - niby taka niewinna, ale potrafię dbać o sprawy. Swoją drogą ciekawe co to za "fani"... Czyżby grupa nastolatków robiła coś specjalnego?
Beau westchnął teatralnie. Daniel stoczył się z wrażenia z kanapy i mruczał pod nosem.
- Pokonani. Pokonani przez baby. Przez baby! Nie wierzę.
Natomiast James, Jai oraz Veronica (moja wybawicielka) podawali innym kurtki. W tym całym zamieszaniu nie trudno było odnaleźć jedynej osoby (poza mną oczywiście) która siedziała niewzruszona i się nie pakowała ani nie jęczała. Luke.
Patrzał w moją stronę jakby oczekiwał jeszcze jakiegoś wytłumaczenia z mojej strony. W ręce trzymał swoją komórkę. Co chwila zerkał na nią jakby spodziewał się, że zobaczy tam coś ciekawego.
- Idziemy! - zarządził Beau. - Nie chcę już patrzeć na bez nosowego Miki Mouse!
I poszli. Jeszcze parę minut po tym jak skrzypnęły drzwi frontowe siedzieliśmy jak struny na swoich miejscach zażenowani tym, że jesteśmy sam na sam w domu. W końcu odezwał się Luke.
- Chyba chciałabyś się przebrać. - zauważył. - Pomóc ci?
Pytał o to tak jakby to było tylko podanie szklanki. Dopiero teraz zwróciłam uwagę, że miałam na sobie jakąś o wiele na mnie za dużą bluzę (przynajmniej była ciepła i wygodna), dół od pidżamy oraz na wpół zawiązane trampki.
Pomimo to, że nie wiedziałam jak chłopak chce pomóc mi się przebrać przytaknęłam. Weszliśmy do toalety, uprzednio zabrałam ze sobą czystą bluzę z kapturem oraz rurki.
- Oprzyj się o pralkę. - zakomenderował, a ja spełniłam rozkaz.
Powoli zdejmował ze mnie koszulkę. Naprawdę dziwnie się czułam kiedy przyglądał mi się. Miałam wrażenie, że jestem jakimś półnagim eksponatem (figurą woskową) w muzeum. Potem pomógł mi założyć bluzę i zdjąć spodnie. Boże, chyba zaraz zapadnę się pod ziemię! Czułam się jak przeczkolak!
- Nie przemęczaj się. Nos w każdej chwili może znów zacząć krwawić. - wziął mnie za rękę i zaprowadził na samą górę domu. Stanęliśmy przed klapą która była lekko uchylona.
- Chciałabyś... - zawahał się i pomasował kark. - Wejść na dach?
Byłam podekscytowana. Adrenalina buzuje! Jeszcze nigdy nie siedziałam na dachu.
*Luke*
Postanowiłem pokazać Charlie mój "Sekretny Kącik" w którym przesiadywałem niemal codziennie. Był on moim kluczem do zamkniętych drzwi moich myśli. Właśnie tam rozważam wszystkie decyzje które przyszło mi podjąć w życiu. Nigdy nie spodziewałem się po sobie, że wyjawię komukolwiek drogę do tego miejsca! Nawet mój brat bliźniak - Jai nie wiedział, że tam siedzę. Więc co mnie naszło? Skąd ta pewność, że dziewczyna nie wyda mnie i nikomu nie powie o tym co zobaczy na górze? Jeśli wierzyć mi i mojemu charakterowi oraz temu, że jesteśmy do siebie w 50% podobni to powinna nie pisnąć ani słóweczka. Spokojnie, spokojnie. Wszystko przemyślałem.
Była to dla mnie pewnego rodzaju ulga - znaleźć przyjaciela... Przyjaciółkę. Móc z nią dzielić najskrytsze sekrety, które zagłębiły się gdzieś na dnie naszego serca, które zamknęliśmy na cztery spusty i zabarykadowaliśmy drzwi do nich. To właśnie ja - Luke Anthony Mark Brooks dostałem specjalny szyfr do sekretów brązowowłosej. To ja do niej dotarłem - nie kto inny.
Pozwoliłem sobie się z nią trochę pobawić. W jakim była szoku kiedy zapytałem czy chciałaby wejść na dach! Niemalże słyszałem jej bicie serca. Waliło jak młot - zupełnie jak moje.
- Ale pod jednym warunkiem. - zmarszczyła nosek, ale zaraz potem przestała i syknęła z bólu. - Nie rób tak głuptasku!
Była zdezorientowana i zszokowana. Ja też. Czy spodziewałem się swojej spontaniczności? Nie, raczej nie.
- Zamknij oczy. - posłusznie spełniła moje polecenie. Na wszelki wypadek zawiązałem jej na oczy chustkę.
Nakierowałem ją na drabinkę i prowadziłem na ślepo. Dobra, może ten pomysł z zamykaniem oczy nie był najlepszy by już przy trzecim szczeblu dziewczyna zachwiała się i omalże nie spadła.
- Ostrożnie. Bardzo powoli. - starałem się by weszła na górę żywa i w jednym kawałku. - Dobra! Stój tam gdzie jesteś. Dotarłaś już.
- Mogę już zdjąć chustkę? - spytała dziwnie piskliwym głosem.
- Nie. - jednym susem znalazłem się obok niej. - Chcesz... Podejść do krawędzi budynku?
Zadrżała. Przytuliłem ją do swojej piersi by wiedziała, że nic jej nie grozi.
- Będę cię trzymał. Nie spadniesz. Nie podejdziemy nawet do końca. - zgodziła się, chociaż cały czas drżała. Przestraszyłem się nie na żarty, że zaraz dostanie zawału! Ludzie, ja nie ukończyłem Kursu Pierwszej Pomocy Medycznej!
Ja i ona na miękkich nogach podeszliśmy do krawędzi. Przybliżyłem usta do jej szyi i złożyłem na niej pocałunek, a następnie odwiązałem opaskę z oczu. Rozłożyła ręce, tak jak w Titanicu.
*Jai*
- Dobra, ja nie zamierzam iść! - zaraz gdy zamknęliśmy za sobą drzwi Beau od razu wystrzegał się Wesołego Miasteczka.
- Obiecałeś Charlie! - Veronica była nieźle na niego wkurzona. Nie dziwię się jej. We mnie samym gniew sięgał zenitu i miałem prawdziwą ochotę przywalić bratu krzesłem.
- Nie pójdę! - upierał się Beau. Ach, te hormony!
- Ludzie, patrzcie! Beau Brooks się zakochał! Ludzie, ludzie! Róbcie zdjęcia! Gdzie paparazzi?! Kiedy będzie cm... - nie zdążył dokończyć, bo Beau walnął go tam gdzie nie powinno się uderzać mężczyzny. Daniel zwijał się z bulu ale wszyscy byli niewzruszeni.
- Beau! Ona sobie fraki wypluwa, żebyście mieli zabawę, a ty to psujesz! - James zabrał głos pod ostrzałem błyskawic z oczu swojej dziewczyny.
- Nic z tego. - zaparł się mój brat po czym z miną naburmuszonego dziecka stanął z rękami złożonymi na piersi. - Idźcie beze mnie.
Postanowiłem też zabrać głos w sprawie i próbowałem wypchać go z progu drzwi. Dziwne, że Lukey - Pookey i Miki Mouse się jeszcze nie zjawili. Ja to bym już słyszał te krzyki...
- Człowieku, opanuj się! - Skip jeszcze zwijał się z bólu ale z całej siły ze mną napierał na Bobo.
Kurwa, ile ten dupek ma siły! Spodziewałem się tego, ale żeby dwóch na jednego i nieugięty?!
- Ej, on się naprawdę zakochał. - i już James oberwał za to co powiedział.
- Nie zakochałem się! Nie zakochałem! - krzyczał raz po raz nasz rywal. W sumie to nie wiem jakim cudem dowlekliśmy go do auta - może podziałało to, że Bobo wystraszył się iż James przygniecie go do ziemi czy raczej oddanie ciosu przez Daniela...
*James*
Nie wiem jak ten uparciuch Brooks starszy mógł stać tam i zapierać się zębami i uszami... Rozumiem, biedaczysko się zakochał. Ale żeby aż nie chcieć zostawić Charlie na parę godzin?! Był przecież z nią Lukey, przy nim nie mogło jej się nic stać! A ten? Uparty, arogancki, zboczony, leniwy, podstarzały dupek stał tam i czekał!
Wzięliśmy sprawy w swoje ręce, a potem jechaliśmy już we właściwym kierunku. Na szczęście Veronica miała prawo jazdy! Beau nie byłby zdolny dojechać na miejsce...
*Charlie*
Po prostu musiałam to zrobić! Rozłożyć ramiona, zamknąć oczy... Wziąć głęboki wdech. Aż zapomniałam, że nie jestem sama! Przecież za mną stał mój przyjaciel Brooks. Nie byłam pewna co powinnam zrobić - czy odezwać się i przerwać cudowną chwilę beztroski czy też stać tak i stać? Zanim jednak coś postanowiłam Brooks wyprzedził mnie i wplótł palce w moje.
Oboje staliśmy tak z wyciągniętymi ramionami. Wdychaliśmy powietrze, ale przyznam się, że nie tylko to wdychałam. Woń jego perfum... Gdyby tak obrócić się i popatrzeć mu w oczy albo pocałować... STOP! Rozmarzyłam się. Co ty sobie w ogóle i w szczególe myślałaś Charlie! Tak nie można! To Luke, kolega. Zgłupiałaś?!
*Luke*
Wdychałem zapach jej włosów. Pachniały nieziemsko cynamonem. Aż nie miało się ochoty od niej odrywać.
Wtuliłem twarz w jej włosy. Wzdrygnęła się nieświadomie. Ale nie odpędzała mnie. Rozkoszowałem się ciepłem jej ciała.


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

IV - Zwierzenia

*Beau*
Wysiadłem z auta i nie wiem czemu byłem zły. Byłem zły na Lukeya. Za co? Nie, chyba nie byłem zazdrosny o to, że Charlie... Nie, nie. To nie to. Po prostu nie miałem ochoty pomagać mu delikatnie jej wynosić z auta. Więc kiedy zawołał za mną czy mu pomogę powiedziałem.
- Możesz mnie pocałować tu. - rozebrałem koszulkę, która i tak już była wygnieciona i cisnąłem ją prosto w błoto.
Brat poszedł za moim przykładem i już po chwili staliśmy w samych dżinsach na podwórku śmiejąc się z własnej głupoty. Nasze koszulki już dawno powinny iść do kosza (czyt. do błota).
Ostrożnie wziąłem ją na ręce. Jej głowa osunęła się na moją pierś. Czułem jej lodowatą skórę, byłem niespokojny. W moich ramionach była jeszcze bardziej drobniejsza i delikatniejsza. Luke przytrzymał nam drzwi, a ja uważnie niosłem ją prosto w głąb domu.
Położyłem ją na łóżku w pokoju, który kiedyś "wynajmowała" Ariana. Ten pokój był jak bajka. Nic dziwnego, ponieważ Jai - tak, ten Jai - kupił wszystkie rzeczy, które się tu znajdują. Potem Ari trochę tu pozmieniała, trochę zepsuła, ale i tak pozostał z tego kawał dobrej roboty jednego z moich braci.
*Luke*
Cicho, by nie obudzić Charlie weszliśmy na palcach do jej pokoju. Beau położył ją na łóżku, a ja okryłem kocem.
- Otwórz tu okna. - rozkazał, a zaraz potem wyszedł.
Posłusznie uchyliłem okno. Nie wiedziałem co mam teraz zrobić. Wyjść tak po prostu tak jak Beau? A może powiedzieć jej "dobranoc". Przecież i tak nie usłyszy.
Nachyliłem się nas dziewczyną i położyłem swoją prawą dłoń na jej ramieniu.
- Teraz powinieneś mi życzyć dobrej nocy i pocałować w policzek. - mruknęła cicho. Zaśmiałem się. - Ale z racji, że to nie film romantyczny wystarczy mi tylko "dobranoc". - otwarła jedno oko. Miało piękną, brązową barwę. Niekiedy zmieniało kolor pod wpływem światła, innym razem pojawiały się urocze przebarwienia, które kontrastowały z jej naturalnym kolorem. Jej oczy (czyt., oko) połyskiwało i robiło się szklane. Wiedziałem, że zaraz zacznie płakać.
- Hej, spokojnie. - położyłem dłoń na jej karku. - Jeśli chcesz mogę dać ci buzi, buzi. - zażartowałem.
Pokręciła tylko niespokojnie głową.
- Nie o to chodzi. - czy mi się wydawało czy jej naprawdę załamywał się głos. - Nie powinnam płakać, przynajmniej nie teraz.
Usiałem na końcu łóżka i zaraz zostałem obdarzony ciepłym uściskiem. Głaskałem ją po włosach i szeptałem, że nie ma się czego wstydzić. Po jej śnieżno - białych policzkach spływały słone łzy.
- Przepraszam. - kiedy się trochę uspokoiła, wytarła nos i oddaliła się ode mnie na wyciągnięcie ramion. Spuściła wzrok. Teraz mam wspaniałą okazję, pomyślałem i nachyliłem się by pocałować ją w czubek głowy. Na jej i moich policzkach wykwitły rumieńce. Oboje nieśmiało spoglądaliśmy w swoim kierunku. Charlie tylko czasami zerkała na drzwi.
- Będziesz spała? - spytałem układając ją do snu po raz kolejny.
- Zostaniesz? - spytała i złapała mnie za rękę. Uśmiechnąłem się po czym przysiadłem na podłodze obok jej łóżka wciąż trzymając się za ręce.  Popatrzyła na mnie z wdzięcznością.
- Boję się ciemności. - wyznała i znowu się zarumieniła.
- Ja boję się skrzyżowań dróg. - czułem, że Charlie pragnie mi zaufać i chciałem stać się jej przyjacielem. - Czy to źle, że się czegoś boimy?
- To zależy czego dokładnie. Ciemność zawsze nam towarzyszy. To tchórzostwo bać się ciemności. Ale skrzyżowań tego nie dotyczy. - pokiwałem przecząco głową.
- Każdy się czegoś boi. I to nie oznacza, że jest tchórzem lub nie potrafi sobie poradzić z życiem. To oznaka, że on nadal walczy i próbuje przezwyciężyć strach. - ścisnęła mocniej moją dłoń, a potem dotknęła mojego policzka. Położyłem głowę na kołdrze którą była przykryta. Znajdowaliśmy się niebezpiecznie blisko siebie.
Czułem jej ciepły oddech i szybkie bicie serca. A może to moje serce waliło jak młot? Już sam nie wiem. Zatonąłem w tych pięknych, czekoladowych oczach. Wręcz się w nich topiłem, ale nie przeszkadzało mi to.
- Dziękuję. - wyszeptała. - Nie mam pojęcia jak ty to robisz, ale wierzę ci. Naprawdę ci wierzę.
Rzuciłem jej jeden z swoich uśmiechów, który był zarezerwowany wyłącznie dla moich najbliższych.
- Chyba powinieneś już iść. - delikatnie dotykała moich włosów. Mruknąłem niezadowolony, ale zaraz potem się opanowałem.
Lubisz ją Lukey. Nic więcej. Przecież ona za dwa miesiące wyjedzie, wyjedzie daleko stąd, mówił głos w mojej głowie. Miała być tylko twoją przyszywaną siostrą. I co ty robisz? No co? Lukey, Lukey, Lukey.
Ale przecież ja ją tylko lubię!, odpowiadam w myślach. Dziwne, wojna z samym sobą... Nie całujemy się, nie obściskuję jej. Jesteśmy jak woda i ogień. Albo jak ogień i ogień. Albo odwrotnie. No, chodzi o to, że tacy sami. To nic złego, myślę i wstaję z miejsca. Zaskoczona Charlie odskakuje do ściany.
Kiedy wychodzę mówi mi coś czego bym się nie spodziewał.
- Byłam kiedyś chora. Mocno chora. - zwierza mi się, a ja momentalnie znajduję się blisko niej. Patrzy gdzieś w bok, tak jakby nie mówiła do mnie. Wiem, tak jest łatwiej mówić, ale to strasznie frustrujące.
- Czuję się teraz jak podła ździra. Niszczyłam siebie... I innych. - w niemym spokoju czekałem.
*Charlie*
- Głupio mi... Właściwie to nie tyle co głupio. Czuję do siebie wstręt, obrzydzenie. No bo jak mogłam to robić?! Jak mogłam narażać siebie i innych na cierpienia?! - z trudem przychodziły mi kolejne słowa. Pokręciłam głową.
- Ale to nie wszystko. Ja siebie zabijałam. Wyniszczałam od wewnątrz. Mogłam umrzeć! Ale żyję. Uratowali mnie. Na początku nie rozumiałam po co to zrobili. Ale teraz już wiem. - nie byłam pewna, czy Luke zrozumie to co mu powiem.
- Kochali mnie. Kochają nadal. Mama, Tinny. Wszyscy rodzice zastępczy, którzy się mną zajmowali. - pociągnęłam nosem. Żałosne, zwierzam się osobie którą dzisiaj dopiero poznałam. 
- To nie ma sensu. Wtedy nic nie miało sensu. Głód, cierpienie, ból... Wszystko powróciło ze zdwojoną siłą i uderzyło. Z zaskoczenia. - nie chciałam patrzeć na chłopaka. - Rozumiem. Teraz rozumiem wszystko. Ale czasami się zastanawiam, dlaczego właśnie ja?
- Co chcesz przez to powiedzieć? - dopiero po chwili się odezwał. Tym pytaniem przybił mnie do muru.
- Jestem... Byłam. Tak, to chyba dobre określenie. - tu na chwilę zrobiłam pauzę. - Byłam anorektyczką.
Tak, najzwyczajniej znowu cierpienie wbiło się we mnie niczym ostry kolec. Nie lubiłam tego słowa. Anorektyk, anorektyczka. Głodzenie się. Głód.
Anorektyczka, anorektyczka, anorektyczka, anorektyczka..., rozbrzmiewało w mojej głowie.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że uczyniłam z Luka coś na miarę mojego pamiętnika - sekretnika. Tylko tym razem ja nie miałam kluczyka tylko on. Nie mogłam być pewna, że nie powie nikomu. Nie miałam pewności, że słowa wypowiedziane przeze mnie w tym pokoju zostaną w tych czterech ścianach i nie wyjdą drzwiami.
- Leczyłaś... - wziął głęboki oddech. Chyba go to przerosło. - Leczyłaś się?
- Terapie, psycholog... Mówią, że pomogły. W prawdzie już się nie głodzę, nie czuję tego obrzydzenia kiedy wkładam coś do ust. Mogę normalnie jeść. Nie lubię jeść za dużo. Ale nikt nie pomyślał, że prócz anoreksji - przeszły mnie zimne dreszcze. - Jest jeszcze mój umysł. I wspomnienia.
- Jest lepiej... - stwierdził. - Ale nadal cierpisz.
- Jest lepiej, ale nadal cierpię. Zawsze będę cierpiała. To część mojej pokuty. - zdziwił mnie mój spokojny, głęboki głos.
- Przepraszam. To musi być bolesne. - dotykał moich włosów.
- To jest bolesne. Ale czuję... Po prostu czuję, że muszę o tym mówić. Tak będzie lepiej, może w ten sposób jakoś sobie poradzę. - spuściłam wzrok uświadamiając sobie co takiego mówię. Mówię o tym co nieuleczalne. O tym co było i przetrwało. Czyżbym miała promyk nadziei? Na lepsze jutro.
Co ty gadasz! I tak już jest o niebo lepiej. Nie siedzisz sama w pokoju, polubiłaś chłopaków. Nie jesteś już Charlie Nudna Mia. Jesteś Charlie Coś Się Dzieje Mia. I jest dobrze - podoba mi się to.
Dotknął mojego policzka. Przyjemne te dreszcze. Chciałabym, żeby znów mnie przytulił, ale nie mam odwagi go o to poprosić.
Wodzę palcem po jego opalonym ramieniu. Jego skóra ma ciemny odcień, na pewno ciemniejszy od mojego. Idealna. Co ja opowiadam! Nie tylko karnacja jest idealna. Lukey jest idealny. Chłopcy są idealni. Tu jest idealnie.
Niespodziewanie rzucam się w ramiona chłopaka tak, że oboje spadamy na podłogę. Śmieję się. Luke przytula mnie mocno. Czuję jak jego klatka piersiowa unosi się i opada. Obejmuję go rękoma. Przyjemne to... przytulanie się.
Czuje się wtedy takie przyjemne ciepło, tak jakby ten ktoś kochał cię. Ale szczerze cie kochał. I nie chcesz wypuścić tej osoby z objęć. To takie miłe...
Ktoś chrząknął nerwowo. Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. Tego się właśnie bałam. Pozwolę sobie na chwilę słabości, ktoś pomyśli coś niewłaściwego...

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział III - Powitania

Dom był duży, przestronny. Miał dwa piętra i był koloru lekko żółtego. Na podwórzu stała mała szopa oraz huśtawki. Mogliśmy też znaleźć dużo kwiatów oraz jedno drzewo. Poniekąd dom miał swoje uroki i naprawdę fantastycznie wyglądał.
Oby właściciele sprawiali tak miłe wrażenie jak ten dom, pomyślałam. Zaraz kiedy przekroczyliśmy próg podbiegła do nas kobieta o długich, czarnych włosach. Miała swoje uroki, tak samo jak ten dom. I chociaż pewnie już swoje lata przeżyła to i tak wygląda zaskakująco pozytywnie! Na twarzy ma parę zmarszczek, wygląda na delikatną lecz silną kobietę. Wita mnie uśmiechem. Daniel przedstawia mnie oraz Toma i od razu przechodzi do rzeczy. Wszystko to dzieje się w tak zawrotnym tempie, że nawet nie zauważyłam kiedy chłopcy wnosili moje walizki.
- Chyba chciałabyś się trochę odświeżyć. - stwierdza mama Brooksów. - Choć, pokażemy ci twój pokój i łazienkę.
Kiedy szłam korytarzem nie wiedziałam czego się spodziewać. Starych mebli i ozdóbek rodem z lat pięćdziesiątych?
- Tutaj mamy łazienkę. Niestety musisz ją dzielić z chłopcami. Moja sypialnia jest na dole, zaraz za hallem. - pokazywała mi nowe miejsca otwierając przy tym drzwi. Łazienka była skromna lecz dobrze wyposażona. Nie zniechęcało mnie to, ze będę dzieliła łazienkę z trzema chłopakami. - A tutaj masz pokój Lukea i Jaia. - otworzyła drzwi do ich pokoju, a moim oczom ukazało się piętrowe łóżko. - Jai śpi na dole, Luke u góry. Nie patrz na ten bałagan, kochanie. Nie zdążyłam zgarnąć ich do sprzątania. A teraz czas na twój pokój. Ach! Zapomniałabym! Mam jeszcze Beau! No tak, jego pokój znajdziesz na końcu tego korytarza. Widziałaś drzwi z tabliczką "BEAU", prawda? To tam. A teraz chodź, chodź! - kobieta była wyraźnie podekscytowana moją reakcją. - Czasami nocuje u nas Ariana. To dziewczyna Jaia. Ale teraz to będzie twój pokoik. No dalej! - zachęcała mnie. Sprawa z tą całą tajemniczą Arianą w końcu się zakończyła.
Gina - mama Brooksów otworzyła przede mną śnieżnobiałe drzwi. Weszłam do pomieszczenia, a zaraz za mną Gina oraz całe stado chłopaków. Dokładnie przyglądałam się pokojowi. Miał białe ściany. Z sufitu wisiała kula - krzesło koloru błękitnego. Był to tak czysty błękit, że moje oczy nie chciały oderwać się od kuli. Przy przeciwległej do nas ścianie stało łóżko, zaś po jego prawej stronie było duże okno z niebieską zasłonką. Łóżko było dwuosobowe, a na nim niebieskie oraz białe poduszki. Tak samo nakrycie na kołdrę oraz poduszkę było niebiesko - białe. Był tu też niebieski stoliczek nocny. Na ścianach wisiały puste półki. W rogu pokoju zmieściła się zaokrąglana szafa, było to wręcz półkole koloru białego z niebieskimi paskami. Obok krzesła stała lampa. Była chyba jedyną rzeczą która ożywiała cały ten cudny pokój. Na podłodze leżał niebieski, puszysty dywanik. Miałam też drzwi prowadzące do łazienki.
Ginna oraz chłopcy byli wyraźnie zadowoleni z mojej reakcji.
- Nie byliśmy pewni, czy ci się tu spodoba. Ale ty sama pasujesz do wystroju wnętrza! - żartowała Gina. - Sama postawiłabym cię o tam, z drugiej strony krzesła! - zaklaskała w dłonie. - Dobra chłopcy! Nie będziemy dłużej przeszkadzać naszemu szanownemu gościowi.

Kiedy już (jak byłam pewna) wszyscy wyszli otworzyłam walizkę. Już miałam z niej wyjmować czyste ubrania, kiedy ktoś rzucił się na łóżko.
- Zazdroszczę ci tego pokoju. - wyciągnął się wygodnie. - Taki cud, miód i orzeszki.
Zaśmiał się cicho. Nie spuszczał ze mnie wzroku, a ja robiłam to samo.
- To się do mnie wprowadź. - palnęłam głupstwo. Luke zlustrował mnie wzrokiem po czym parsknął śmiechem. Ukrył twarz w poduszkach, ale długo jeszcze po tym słyszałam jego chichot.
- Tylko się nie śmiej. - podeszłam do niego i usiadłam na łóżku. Delikatnie dotknęłam jego ramienia na co on odwrócił głowę. Zobaczyłam jego łobuzerski uśmiech i zaraz potem wylądowałam na podłodze.
- Luke, pomóż mi wstać! - wyciągnęłam rękę w jego kierunku. Złapał haczyk i podał mi dłoń. Pociągnęłam go z całej siły na dół i już po chwili znajdował się tuż obok mnie. Zaczął mnie łaskotać, a ja śmiałam się w najlepsze.
- Ze mną się nie zadziera! - warczał żartobliwie. - Luke jest niezwyciężony!
Kiedy przestał mnie łaskotać złapał mnie za nadgarstki. Położył mi swoją głowę na brzuchu. Jaki on był słodki kiedy tak leżał i nic nie robił. Zastygłam w bezruchu wpatrując się w jego oczy. Pod wpływem światła kolor jego oczu zmienił się z ciemnego na jasny brąz. On chyba też wpatrywał się w moje oczy. Oblizał wargi i puścił moje nadgarstki.
- Pójdziesz w końcu do łazienki? - puścił mi oczko.
- Skoro na mnie leżysz to raczej się nie ruszę! - mój głos zadziwiająco piszczał.
- No już, już idź. Zaraz jedziemy do Skipa.
Wstałam z podłogi i zaczęłam grzebać w walizce w poszukiwaniu czegoś co nadawałoby się do ubrania. Po raz pierwszy w życiu frustrowało mnie to, że cała moja garderoba była cała w ciemnych kolorach. Jedynym wyjątkiem były moje puszyste botki oraz pidżama.
Sprawdziłam czy Luke już wyszedł, a kiedy szłam do łazienki wpadłam na niego z takim impetem, że wylądowałam na podłodze.
- Nic ci nie jest? - spytał gdy pomógł mi wstać. Sprawdzał czy mam nogi, ręce oraz głowę całą po czym wyszedł.
Zamknęłam wszystkie drzwi prowadzące do łazienki na klucz. Aż dziwne, ale było ich trzy - od pokoju bliźniaków, mojego oraz Beau. Weszłam pod prysznic i ustawiłam strumień wody na ciepły. Woda przyjemnie rozgrzewała moje ciało. Wtarłam w siebie mój olejek truskawkowy. Przyjemna woń rozlewała się po pomieszczeniu. Ubrałam szlafrok i rozczesywałam włosy. Na chwilę wyszłam do pokoju po suszarkę, by je w miarę szybko wysuszyć. Przebrałam się w przyszykowane rzeczy i zeszłam na dół, gdzie jak myślałam będą wszyscy na mnie czekali.
Poszłam do kuchni, gdzie spał śliczny pies. Pogłaskałam go za uszkiem. Moją uwagę przykuły zdjęcia na komodzie w salonie. Były różne, kolorowe i te czarno - białe. Były tam małe dzieci - to z pewnością Luke, Jai i Beau. Była też Gina.
- Już zdążyłaś się zaznajomić ze zdjęciami? - głos dochodzący zza ściany wyrwał mnie  zadumy. Oblałam się rumieńcem po czym zobaczyłam Beau. - Ładnie, co nie? - mówił wskazując na zdjęcia. - To zrobiliśmy kiedy urodzili się bliźniacy. O, a to było w dniu moich jedenastych urodzin!
- A to? - wskazałam na zdjęcie bez ramki, trochę wytarte i zniszczone. Beau wziął je do ręki.
- To jest nasz tata. - małym palcem wskazał na człowieka w garniturze trzymającego na rękach dwójkę noworodków. Na jego kolanach siedział najstarszy z Brooksów, a ich matka objęła mężczyznę rękoma. - Zdjęcie stare jak świat. - odłożył je na miejsce. - Gotowa? Masz kluczyki i
wsiadaj do auta.
Złapałam klucze i powolnym krokiem wyszłam na podwórko. Auto stało zaparkowane przed domem. Weszłam do środka pozostawiając kluczyki na siedzeniu kierowcy. Zapięłam pasy i czekałam.

- Jesteście już! Witamy, witamy w naszych skromnych progach. - grubsza kobieta wyszła nam na powitanie kiedy wnosiliśmy walizki Tinniego. - Ty kochanie musisz być Tom, prawda? A tu twoja siostra! Charlie! Zdejmujcie buty, wchodźcie, wchodźcie! - w przedpokoju zrobił się straszny gwar. Matka Skipa zaganiała nas do pokoju gościnnego.
- Daniel! Pomóż chłopczykowi zanieść walizki! - krzyczał ojciec Daniela.
- Pomogę ci. - nie wiem co we mnie dzisiaj wstąpiło, ale chyba dostałam jakiegoś kręćka. Wzięłam torbę podróżną Tinniego, a on powłócząc nogami szedł za mną. Na końcu, taszcząc jego ciężką walizkę szedł Daniel i Luke.
- Pierwszy na lewo! - zawołał, przeraźliwie dysząc Skip. Weszłam do pierwszego pokoju na lewo.
Bardzo różnił się od mojego - miał czerwone ściany, dywan w auta, jednoosobowe łóżko oraz szafę z namalowanymi autkami. Oczywiście, że dla Toma był to raj, ale wyobrażam sobie co by było gdyby stało tu piętrowe łóżko.
Postawiłam jego torbę na krześle i zeszłam na dół. Luke i Daniel chyba jeszcze o czymś rozmawiali, ale uciekło to mojej uwadze.
Zaskoczył mnie widok Beau, Jaia oraz Jamesa idących ku mnie z szeroko rozpostartymi ramionami. Czy oni się nigdy nie nudzili? Mieli dziwne, złowrogie miny, a gdy doszli już do mnie rzucili mi się na plecy. Jeden po drugim i wszyscy razem przytulali mnie, obściskiwali i całowali gdzie tylko popadnie.
- Jak mogliście tak beze mnie! - aż podskoczyłam kiedy Luke wydarł się na całe gardło po czym skoczył mi na plecy. Z trudem utrzymałam równowagę, ale już po kilku sekundach leżałam powalona na ziemi. I znowu się przytulali. Dziwne, sprawiało mi to wielką radość. Nie mogłam pochamować śmiechu, a kiedy wiłam się na podłodze w ich objęciach dostałam soczyste pięć buziaków naraz w policzka. Zarumieniłam się jak głupia.
- No panowie! Misja zakończona sukcesem! - wołał Beau. - Miki Mouse w końcu się uśmiechnęła!
Jak na zawołanie wszyscy zaczęli krzyczeć. Zjawiła się też mama Daniela z aparatem. I już po chwili mogliśmy podziwiać nasze miny, które porobiliśmy do zdjęcia.

- Może coś zjecie? - pytał się raz po raz ojciec Skipa, pan Sahyounie. Za każdym razem odmawiałam modląc się, by nie dołożyli mi jeszcze sałatki. Byłam tak wyczerpana, że oczy same się zamykały. Beau widząc to grzecznie przeprosił i powiedział, że chciałabym się pewnie przespać. Już po kilku minutach siedziałam na tylnym siedzeniu jego autka razem z Brooksami. James miał jeszcze odwiedzić dziewczynę, która mieszka niedaleko więc mogliśmy zrezygnować z podwiezienia go do niej.
Ułożyłam się wygodnie na siedzeniu. Cóż to był za dzień! Ciekawe czy Tommiemu będzie się podobało w domu Daniela. I czy w ogóle zadzwoni z tej komórki, którą dała mu mama. Zapisał sobie mój numer? Nie pamiętam. Nawet Skip nie ma mojego numeru! Ani James! Muszę dać im go później...
Ziewnęłam i zapadłam w lekki sen. Jeszcze w ostatniej sekundzie gdy zasypiałam poczułam jak ktoś przykrywa mnie kurtką, a potem moja głowa osuwa się na jego ramię.

*Luke*
Kiedy zasypiała pomyślałem, że może jej się zrobić zimno. Zdjąłem kurtkę i przykryłem nią Charlie. Nie wiem, czy wtedy już spała czy zrobiła to umyślnie, ale osunęła głowę na moje ramię. Miałem straszną ochotę pogłaskać ją po włosach, dotknąć jej policzków, nosa i ust. Zbadać każdy milimetr jej twarzy i wpatrywać się w śpiącego anioła. Jednak wiedziałem, że w aucie nie jestem sam. Beau na pewno zafundowałby mi docinki typu "Lukey się zakochał!" przez co najmniej pół roku. Nie chciałem też żeby mój brat bliźniak zorientował się, że Charlie jest mi bliska. Właściwie to nie wiem jak to się stało. Po prostu polubiłem ją. Myślę, że jesteśmy w połowie do siebie podobni. I chociaż często mnie to denerwuje to ciągle mam ochotę z nią rozmawiać i patrzeć na jej śliczne oczy.

*Beau*
Właśnie byliśmy w drodze do domu. W lusterku zobaczyłem jak Miki Mouse zasypia, a potem położyła głowę na ramieniu mojego brata. Była cudowna - zarazem denerwująca, słodka i taka... bezbronna. Poczułem się tak jakbym miał nowe rodzeństwo, jakby Charlie była moją młodszą siostrzyczką, którą trzeba chronić. Przypuszczam, że Luke i Jai też o tym pomyśleli.
Poczułem ucisk gdzieś tam w sercu. Kiedy spała wyglądała jak śliczny aniołek. Na dodatek uśmiechała się przyjaźnie przez sen.
- Mam nadzieję, że śni ci się coś dobrego. - mruknąłem pod nosem, tak by reszta nie zdąrzyła wyłapać moich słów.

*Jai*
Esemesowałem z Arianą prawie całą drogę powrotną. Czasami tylko przerywałem by przyjrzeć się śpiącej Lie, Beau lub Lukeowi. Jechaliśmy w ciszy. No, możne nie w absolutnej ciszy, ponieważ co chwilę wibrowała moja komórka.
- "Jest już u was w domu?" - temat zszedł na Charlie. Ariana była wszystkiego ciekawa, jak wygląda nasz gość, jaka jest i co robi.
- "Właśnie jesteśmy w drodze do domu." - wyjaśniłem.
- "Wiem, że to dużo kilometrów, a nawet więcej, ale mogłabym przylecieć do was?" - pytała. - "Wiesz, Charlie miałaby koleżankę." - dodała szybko.
Uśmiechnąłem się w myślach na myśl o tym, że Ariana mogłaby spędzić ze mną całe dwa miesiące. To znaczy ze mną, chłopakami i Lie.
- "Zapytasz się mamy, prawda Jai?" - Ariana stosowała swoją taktykę. Nie miałem nic przeciwko temu, w końcu za to ją przecież kocham. Tylko... Musiałaby spać z Lie w jednym łóżku. Wiem, że Ari pewnie by się zgodziła, ale czy dla Charlie nie byłoby to zbyt krępujące spać z nieznajomą dziewczyną?
- "Jasne. Tylko... Ona zajęła twój pokój."
- "Spróbujesz się jej zapytać czy nie zezwoliłaby mi na pomieszkanie w nim?"
- "Okey, ale nie licz na to, że szybko to załatwię. Ona jeszcze nie ma do nas zaufania. Zresztą jest trochę... Inna. Bardziej powściągliwa. Ale słyszałem od matki Skipa, że dużo w życiu przeszła."
- "Najwyżej będę spała z tobą."
- "Przepraszam. Już dojeżdżamy, a Lie zasnęła. Musimy wysiadać. Kocham cię."
- "Ja ciebie też. Pozdrów chłopaków i nie zapomnij! Ucałuj ode mnie Charlie"