piątek, 29 listopada 2013

Nowiki ;)

Na początek chciałabym Was zaprosić do wysyłania tak zwanego listu do Świętego Mikołaja tyle, że na asku :) Jest to taka zabawa zorganizowana przeze mnie :) ZAPRASZAM
Zapraszam również do obchodzenia 6 grudnia czyli Mikołajków!
Oraz włączenia TV któregośtam dnia (jest reklama) by pomóc! Lub wysyłajcie paczki bo naprawdę warto!
Moja apelacja z okazji Mikołajków - nie niszczcie dzieciakom dzieciństwa tak jak to zrobił mój brat i nie mówcie im, że Santa Claus nie istnieje :) Niech mają tę radochę!
Odnośnie bloga - jestem na końcowym etapie pisania kolejnej części ;) Mam nadzieję, że będzie ciekawsza i zapraszam do komentowania!
Przybyli nam nowi obserwatorzy za co serdecznie dziękuję! Oraz za miłe komentarze ;)
Nowy wpis pojawi się na 101010101% jutrrrro!
Ze względu, że piszę własną książkę oraz prowadzę tego bloga i chyba z 6 innych przepraszam, że rozdziały dodaję w tak dużych odstępach :) Mam nadzieję, że mi wybaczycie!
Jeśliby ktoś był zainteresowany pisaną przeze mnie książką, która jest między innymi o utracie bliskich i pomaganiu (bardzo ciekawa historia) zapraszam do zakładki (na tym blogu) która pojawi się już niebawem pod nazwą "KSIĄŻKA". Nie mam ochoty robić dziesiątego bloga, więc niech będzie to siedziało cichutko tutaj ;)
Zapraszam też do podejmowania współpracy i ostrzegam, że lepiej jest mnie powiadomić na asku (tym samym co santa claus) że wysłało się do mnie na e-maila prośbę o współpracę. Nawet jeśli twój blog jest kompletnie o czymś odmiennym niż Janoskians lub fanpage :)
To chyba tyle nowinek ;)
Dziękuję za dotrwanie do końca i cierpliwe oczekiwanie na dalsze części historii!
P.S. Mówiłam już, że wprowadzę drobne zmiany w blogu? 
 ------------


niedziela, 24 listopada 2013

Moj fanpage :)

Hej :) Pomyślałam sobie, że mogłabym założyć fanpage na Facebooku o Janoskians. Jest to polski fanpage na którym dodaję wiadomości i newsy o chłopakach.
Zapraszam do lajkowania mojej początkującej strony i oznajmiam wam, że potrzebuję adminki! Więcej wiadomości albo na ASKU
Albo na stronie :) 
Serdecznie zapraszam :)

wtorek, 19 listopada 2013

XXVI - Piękny bas za którym kryło się wyrafinowanie

*Beau*
Ostatniej nocy poważnie porozmawiałem z moim "przyjacielem" o naszym być albo nie być. To co jakiś czas temu powiedział mi Jai dało mi wiele do myślenia. Może naprawdę niepotrzebnie się ukrywam?
Może to właśnie ma być jakiś przełom w moim życiu? Gej?
Ale boję się... Odrzucenia. Że znajomi, przyjaciele, rodzina... Nie zaakceptują nowego mnie.

Dzięki tamtej rozmowie zdecydowałem się podjąć ryzyko... Tylko za jaką cenę?
Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Ustaliliśmy, że mój chłopak nie pójdzie ze mną. Gdyby mama chciała go zobaczyć zadzwonię do niego, a on przyjedzie. Gdyby jednak mama dostała zawału lub zemdlała będę miał w ręku telefon z numerem na pogotowie. Jest też trzecia opcja - mogłaby po prostu wyrzucić mnie z domu...
Może jeszcze za wcześnie żeby mówić o takich sprawach?
*Jai*
Może to i nie był najlepszy moment na odwiedziny, zwłaszcza, że jeszcze nie do końca pozbierałem się po tym, jak Ariana zakończyła nasz związek, ale musiałem to zrobić. Nie jestem tym człowiekiem, który nie myśli co robi i chowa urazę. Pomimo tego, że już nie jesteśmy razem i tak czuję tę więź która nas łączy.
Nie, nie chcę błagać ją żeby do mnie wróciła. Myślę, że nawet dobrze się stało. Po prostu to było gdzieś tam w górze zaplanowane i dokładnie przemyślane. To zerwanie dodało mi sił i zaprawiło do walki. Spowodowało też to, że myślę inaczej. Nie chcę mieć od tak dziewczyny. Wiem, że muszę się postarać i zrobię to.
Tylko za jaką cenę?
*Charlie*
W szpitalu nie miałam zbyt wielu obowiązków. Było to strasznie przytłaczające - wokół mnie nieznani mi ludzie którzy utrzymywali mnie przy życiu.
Chciałabym powrócić do tej codzienności - szkoła, dom, szkoła, dom...
Jestem tutaj - w Melbourne. Jestem w szpitalu. Obok mnie siedzi mama, mój brat bawi się gdzieś, a ja siedzę i oglądam telewizję. Luke jeszcze nie wrócił ze sklepiku.

Kiedy tak sobie całymi dniami nie mam co robić chodzę po korytarzu i czekałam Bóg wie na co do moich uszu dobiegła rozmowa Mrs. Markham którą zdążyłam już dosyć dobrze poznać i mężczyzny. Miał piękny, głęboki głos za którym kryło się wyrafinowanie.
- Przykro mi, ale będziemy zmuszeni odwołać koncert charytatywny dla szpitala, jeśli państwo nie mogą go przeprowadzić. - mówił.

piątek, 15 listopada 2013

pOwIaDoMiEnIa ~ ŚpIeWaMy HaPpY b-DaY!

Na początek mam dla was parę powiadomień, nowości itd.
Zacznijmy od tego, że z prawej strony na górze w tym ładnym paseczku macie zakładki. W jednej z nich proponuję wam współpracę. Współpracuję już z jednym blogiem o Violetta :)
Druga sprawa dotyczy kolejnego rozdziału. Na dzień dzisiejszy nie mam żadnej weny twórczej i niestety nowy rozdział na 100% pojawi się już w ten weekend!
Trzecia rzecz którą mam wam do oznajmienia jest to, że się dobrze uczę! Jee!
A tak na serio trzecią rzeczą - jak dla mnie najważniejszą są urodziny... Ale urodziny nie byle kogo! Dzisiaj urodzinki obchodzi mój piesio Bleki. Kończy już 5 lat. Z tej okrągłej okazji zaśpiewajmy mu sto lat!
Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam!
Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam!
Jeszcze raz, jeszcze raz niech żyje, żyje nam!
Niech żyje nam!
Blekusiu mój kochany... Jesteś moim pierwszym pieskiem i mam nadzieję że jeszcze mnie przeżyjesz. Życzę ci mnóstwo dobroci i łakoci, miłych wspomnień na stare lata, fajnych wnuków, miłej dziewczyny, grzecznych dzieci które może kiedyś się urodzą i wiele, wiele, wiele miłości w życiu :) Kocham Cię tak bardzo jak nawet nie wiesz i uwielbiam te nasze spacerki <3

 Dzięki za uwagę i zapraszam do czytania mojego bloga i nowego rozdziału który pojawi sie niebawem :)

niedziela, 10 listopada 2013

Troszeczkę o mnie... Może troszeczkę więcej :) ~ Zadaj mi pytanie!

Pomyślałam, że tak czytacie mojego bloga, komentujecie go, a Wy przecież nic o mnie nie wiecie! Może ktoś przeczyta ten wpis, może nie ale jestem zdania, że powinniście coś tam o mnie się dowiedzieć - chociaż jak mam naprawdę na imię!
Jeśli ktoś chciałby zadać mi jakieś pytanie na następną taką notkę zapraszam do przesyłania na adres e - mail: weronika_eu@wp.pl :) Odpowiem na wszystkie pytanka które będą publikowane tutaj, lub jeśli tak wolicie... Możecie je zadawać pod tym postem! Zapraszam ;)

niedziela, 3 listopada 2013

XXV - I love u Lie - Luke ❤

*Charlie*
Trzeci dzień. Trzeci dzień już tu jestem. Trzeci dzień zastrzyków. A Luke? Luke jest cały czas ze mną. Wczoraj tylko udało mi się go przekonać, by pojechał do domu po świeże ubrania. I znów przyjechał.
Widzę, że nie sypia nocami. Wygląda jak wrak człowieka.
- Panie Jezu... Ja nie chcę żeby tak było. - powtarzam ciągle. - Ja nie chcę widzieć Go takiego. Nie chcę. Proszę cię, wstaw się za nim i zaopiekuj się nim. Proszę.
Pod nieobecność Luka są przy mnie chłopcy. Czasami są razem - wtedy jest strasznie zabawnie, a czasami siedzą pojedynczo. Dość często odwiedza mnie mama i doctor J. Gina przynosi mi ciepłe posiłki prosto "z mojego domu". Ojciec pojawił się tylko raz - trzy dni temu.
Nie martwi mnie to, że od tamtego czasu nawet nie kazał mamie mnie pozdrowić. Wiedziałam, że tak będzie. Zwiał od problemów i tyle. Jest tchórzem!
Ale spodziewałam się tego po nim. W sumie to sam zapowiedział, że jest tutaj tylko raz. Chociaż wtedy... Kiedy go zobaczyłam na progu pomyślałam, że stał się inny; że może ruszyło go sumienie.
Nic z tego.
Przyszła pielęgniarka z igłą w ręku. Uśmiechnęła się do mnie promiennie i zerknęła na otwartą książkę "Romeo & Julia".
- Piękna książka. - wbijała mi igłę do wenflonu.
- Tak.
- Gdzie skończyłaś? - zapytała odkładając strzykawkę na tackę i siadając na łóżku. Wzięła książkę i zaczęła czytać na wyznaczonej przeze mnie stronie.

- Już jestem. - do sali wleciał zdyszany Luke. Pielęgniarki już nie było, a ja od pewnego czasu czułam się trochę samotna.
- Hey! - usiadłam wygodniej na łóżku i wyciągnęłam rękę by odebrać torbę z ubraniami które Luke mi przywiózł.
- Jak się czujesz? - to pytanie było chyba rutyną... I zawsze odpowiedź na nie brzmiała "Dobrze".
- Luke... - zmusiłam go do tego, by usiadł. Położył głowę na moich kolanach i westchnął.
- Co się dzieje? - zapytał przymykając oczy.
- Dobrze wiesz, co się dzieje! - wybucham, a chłopak uśmiecha się pod nosem. - Zachowujesz się tak jakbym była jakaś niepełnosprawna. Luke, nic mi nie będzie. Słyszysz? Sam się przemęczasz. Masz za dużo obowiązków. - ściszyłam głos. - Proszę, daj sobie trochę odpocząć.
Powiedziałam po czym pocałowałam go w policzek.

Nazajutrz rano nie było przy mnie nikogo. Wiedziałam, że Luke poszedł do domu po świeże rzeczy.
Przetarłam zaspane oczy i zerknęłam do lusterka.
- Za parę dni... Nie będę miała już tych włosów. - powiedziałam na głos dotykając miękkich i zadbanych.
- Dzień dobry! - aż podskoczyłam kiedy obok mnie pojawiła się pielęgniarka. Zerkała nerwowo na
moją rękę która nadal pozostawała w tym samym miejscu co uprzednio.
Cmoknęła.
- Lie... Może zetniemy włosy? - wbiłam wzrok w ziemię. - Nie będzie aż tak bardzo widoczna różnica...
Nerwowo skubałam kołdrę. Czy mam na to pozwolić? Boję się..., pomyślałam po raz pierwszy odkąd tu przybyłam. Cholernie się boję.
- Zróbmy to. - ku mojemu zaskoczeniu padła już decyzja podjęta przeze mnie. Pielęgniarka chwyciła do rąk nożyce i...
Już było po wszystkim. Krótkie, sterczące na wszystkie strony włosy. Brązowe... Moje. Nadal moje. Króciutka grzywka opadała mi na czoło. Włosy sięgały zaledwie do ucha.
- I jak? - zapytała mnie, a ja jeszcze raz przejrzałam się w lusterku.
- Nie najgorzej.

Spacerowałam po oddziale przyzwyczajając się do swojej nowej fryzury. Nikt nie wybałuszał tutaj oczu, ani nie pokazywał na mnie palcem.
Mijałam dzieciaki młodsze ode mnie. Jedne były kompletnie łyse, a za sobą ciągnęły jakby... Kroplówkę. Jeszcze nie wiedziałam co to takiego jest i do czego ma służyć.
*Luke*
Ostatniej nocy Skip zapytał mnie czy nie mam tego dosyć. Tego, że muszę ciągle siedzieć w szpitalu, tego, że nie mogę wariować tak jak dawniej. Tego, że teraz całe moje życie skupia się na jednym punkcie.
Nie, nie miałem tego dosyć. Nie mam tego dosyć, ponieważ Charlie jest jedną z tych osób które nigdy się nie opuszcza. Trzeba prz niej trwać w nadziei i miłości. Jeśli ktoś jest naprawdę zakochany poświęci wszystko. Ja wiem, wiem. Może to jest jakaś obsesja, może nie powinien 24/h siedzieć przy Niej i trzymać ją za rękę podczas snu. Ale to jest potężniejsze ode mnie. Jeśliby tylko Daniel miał taką ukochaną osobę jak Lie... Wiedziałby co ja teraz czuję.
Nikt mnie przy niej siłą nie trzyma, nie zmusza do codziennych odwiedzin. Ale chcę to robić. Chcę przy niej być, chcę widzieć jej radosną twarzyczkę.
Mama całym sercem mnie wspiera. Wie, jak jest mi teraz ciężko. Pomaga mi, opiekuje się Charlie i codziennie do niej telefonuje.
Jest kochana. Nie wyobrażam sobie, że na jej miejscu mogłaby teraz stać inna kobieta. Gina ma złote serce - wiedziałem o tym zawsze, ale teraz... Teraz wiem już na 100 %.
Jai też odwiedza Charlie. Od czasu do czasu pisze listy na kartce papieru do niej i wręcza mi uprzednio zaklejając je. Nie czytam ich. Zanoszę prosto do Lie. Wiem, że mu też jest ciężko. Przecież wszyscy jesteśmy ze sobą blisko...

sobota, 26 października 2013

XXIV - Podnieś głowę i idź dalej - chcę żyć

*Charlie*
Czekając na wyniki badań krwi robiłam różne dziwne rzeczy. Chciałam biegać, skakać... Aż mnie nosiło żeby krzyczeć. Zdusiłam jednak w sobie tę potrzebę i wpatrując się zaciekle w jeden stały punkt kołysałam się na boki.
- Wszystko dobrze? - kiedy zamknęłam oczy usłyszałam w uchu szept Jaia. Pokiwałam głową.

Wiadomość wstrząsnęła mną całą jak i moimi bliskimi. Moje oczy robiły się coraz szersze. Miałam wrażenie, że uciekło ze mnie całe powietrze i zostaje tylko pusta powłoka. Czy to się dzieje naprawdę?
Chyba tylko ja jedyna otrzęsłam się z tego czaru i zadawałam pytania co do dalszych badań.
- Posłuchaj Chazz... - zaczął lekarz. Z małego pudełeczka wyjął zabaweczki i rozsypał je na stole. - To są strażnicy twojego organizmu. - wskazał żołnierzy gotowych do boju. - A to są źli ludzie. - palcem wskazał czarne kuleczki. - Źli wyniszczają powolutku strażników którzy cię chronią. Dlatego jesteś bardziej podatna na infekcje.
- Więc to dlatego? - zapytałam nie rozumiejąc wielkiego znaczenia jego słów.
- Nie tylko. Potrzebne są dalsze badania. I to zaraz. Musimy wykryć to paskudztwo jak najwcześniej.
- Czyli... Nic nie jest pewne? - trochę gubiłam się w tym wszystkim.
- Tak. To badanie wszystko potwierdzi.
- Co będziecie mi robili? - westchnął głęboko.
- Musimy wkłuć ci igłę. Tylko tyle. - albo aż tyle.

Leżałam na białym stole. Pod głową poduszka, obok ręka Luka którą ściskałam. Za mną lekarze z wielką igłą. Nie chciałam na to patrzeć, nie lubię.
- Wybierz sobie przyjemny sen. - powiedział mrukliwym tonem Luke. Powieki mi strasznie ciążyły i robiłam się senna. Ostatnie głosy które usłyszałam to potwierdzenie, że mogą już zaczynać.
*Luke*
Otworzyła swoje piękne oczęta, zamrugała dwa razy i rozejrzała się po pokoju. Trzymałem ją mocno za rękę wiedząc, że zaraz przyjdzie doktor i zakomunikuje jej to samo co mnie. Gdybym tylko mógł... Gdyby to było możliwe... Dlaczego akurat ona? Jaka jest szansa, że lekarze się pomylili? Boże, to jest niemożliwe.
Siedzimy tak w ciszy, a mi ona strasznie ciąży. Czuję się tak jak kłamca - jak ktoś kto obiecał szczęście, a przynosi pecha.
Zaciskam mocniej uścisk dłoni modląc się w duchu, by ona walczyła, by wierzyła. Na tym to przecież polega, prawda?
Podnosi dłoń i głaszcze mnie opuszkami palców po policzku. Przechodzi mnie przyjemny dreszczyk. Ona uśmiecha się lekko. Wiem, że się boi.
Chwytam jej dłoń i całuję. Przymykam oczy. Chwilę potem moje ciepłe łzy staczają się po jej nadgarstku. Chciałbym już nigdy nie widzieć jej... Wtedy uniknąłbym tego cierpiącego spojrzenia przesyconego strachem. Ale nie mogę.
Otwieram powoli oczy i przenoszę wzrok na nią. Zero zaskoczenia, zero łez. Spokój.
Jak to możliwe?, pytam siebie w myślach. Jak ona to robi?
Do sali wchodzi lekarz z skwaszoną miną. Już wiem, co on ma nam do przekazania. Siada na krześle tak jakby nic się nie stało i wzdycha lekko. Charlie chyba już się zorientowała, że nie mamy dobrych wieści, bo kurczowo trzyma mnie za ramię.
Czuję jak jej palce wbijają się w moją skórę, ale nie czuję bólu. Tego nie trzeba mówić, żeby człowiek wiedział...
- Masz białaczkę. Przykro mi. - powiedział lekarz po czym wyszedł z sali.
*Charlie*
Zostaliśmy sam na sam. Dziwne - w pełni dotarło do mnie, że mam raka... I co dalej? Będę się leczyć, to postanowione. I tak gdybym nawet na to nie pozwoliła Luke wypchałby mnie siłą na leczenie. Ale ja chcę żyć. Tak powinno być? Może ludzie którzy są chory powinni nie mieć nadziei?
Ale im chyba już nic nie pozostaje. A jeśli umrę zostawię tutaj Luke, Jai, James, Gina, Skipa, Lalę, Veronicę i Arianę! I moją mamę!
Ciekawe czy ona już wie... Czy wszyscy wiedzą... Doctor, jej rodzina, a może nawet mój brat?
Czy są na korytarzu? A co z... Z tatą? Wie o tym? Czy jeszcze go interesuję?
- Luke. - odezwałam się w końcu. Wiedziałam, że walczy z sobą by nie zacząć płakać, ale trudno było w tej chwili coś takie zrobić.
Podniosłam się i przytuliłam go. Czule głaskałam go po włosach, a on niczym malutkie dziecko chlipał w mój rękaw.
- Ja nie chcę. Nie chcę żebyś była chora, nie chcę wyjeżdżać, nie chcę cię tutaj zostawiać. Chcę być przy tobie. - mówił podniesionym głosem. - Nie chcę płakać. Chcę żebyś dzięki mnie czuła się bezpieczna, żeby ci się nic nie stało. Razem na zawsze, rozumiesz?
Rozumiałam doskonale.
- Luke... - wyszeptałam. - Och, mój Luke. - popatrzałam mu w oczy. - Kocham cię.
Miałam wrażenie, że z pozoru takie puste słowa ważą tonę, albo i więcej. Mają ogromną wartość. Nie można ich po prostu tak wypowiedzieć. I tak właśnie jest.
Otarł łzy i uspokoił się.
- Chciałabyś pewnie zobaczyć... - przerwałam mu swoim wybuchem "tak"!

Wchodzili do środka. Najpierw Gina, Beau, Jai, Skip, mój brat, Doctor, jej mąż, mama... Ariana, Vera. Rodzina Doctor Jenkins. A na końcu tata...
Nie wiem jak mam się zachowywać. Płakać czy śmiać się? Przyjechał do ciebie!, coś w mojej duszy tak śpiewało. A więc stało się. Muszę zmierzyć się z tym co nieuniknione.
- Cześć. - mówię do wszystkich i promiennie się uśmiecham. Chyba spodziewali się innej reakcji, ponieważ są strasznie zdziwieni. - No co tak stoicie? Rozgośćcie się!
Siadają wszędzie i czuję, że wszystkie oczy zwrócone są na mnie.
- Jak się czujesz? - pyta mnie mama. Biorę do siebie na łóżko dzieci Doctor Jenkins.
- Dobrze, że wiesz o wszystkim mamo. - mówię odwracając wzrok. - Trochę to męczące, pewnie będą wypadać mi włosy i schudnę... - Luke przytulił mnie mocniej na znak, że nigdy mnie nie zostawi. - A wy jak się macie?
Po sali przeszedł pomruk, że dobrze, że jakoś leci. Mama wzdycha ciężko, a Tinny wskakuje mi na kolana.
- Ale nie umrzesz? - pyta mnie bawiąc się moimi włosami.
Zapada cisza.
- Nie umrę. - składam mu przysięgę. - Nie umrę.