poniedziałek, 13 stycznia 2014

XXXI - Thieves

*Allan*
Czekam aż Jai odchodzi. Chyba nie jest pewny, czy ma iść do domu. Z nadzieją uświadamiam sobie, że być może myśli nad złożeniem wizyty u Charlie i idę za nim korytarzem. Nastolatek co chwila odwraca się by omieść mnie spojrzeniem pełnym... Nadziei?
W pewnym momencie zagapiam się i nie zauważam, że koleś idący przede mną zatrzymał się gwałtownie. Uderzam w niego.
Przez chwilę widzę jak na jego twarzy wędruje kpiący uśmieszek lecz powstrzymuje się i ledwo na mnie patrzy.
- Szukasz kogoś, chłopaczku? - zapytał, a ja już wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek się jeszcze spotkamy nasze stosunki nie będą zbyt miłe.

*Luke*
Wciąż myślałem o dzisiejszej rozmowie z moim bratem. Tak, wybaczyłem mu. Ale nie zapomniałem. Nie chcę o tym zapomnieć.
Kiedy dzwoniłem do tego... Jak mu tam było? Alle? Nie znam go - doskonale o tym wiem i przez godzinę próbowałem przekonać brata, że to co robię, a raczej to co obaj robimy jest słuszne.
Dziwnie się czuję myśląc o uczuciach, którymi darzy on Charlie. Kiedy chociaż przypomnę to sobie do głowy wskakuje mi myśl, że będę się musiał dzielić Lie.
W zasadzie ona nie jest już moją dziewczyną... Ale nadal ją kocham.
Czy jeśli bylibyśmy nadal razem połowę swojego czasu dziewczyna poświęcałaby mnie, a drugą połowę Jaiowi? Czy Jai byłby też jej chłopakiem, mężem, a potem wszyscy mielibyśmy dzieci?


Wiem, że to co Jai czuje do mojej dziewczyny... Do mojej Charlie... To bardzo silna więź. Nie chcę porównywać jego miłości z moją, bo każda na swój sposób jest ogromna.
Więc czy nie powinien... Odstąpić Jaiowi Charlie?
Szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie będę musiał tego robić. Że Jai zostanie w domu, że nadal będzie w The Janoskians. Że nadal będziemy braćmi.
Nie chciałbym być z nim skłóconym. Chciałbym cofnąć czas, ale nie potrafię. Chciałbym chociaż nie zobaczyć ich pocałunku.
Chciałbym, żeby Miki Mouse nie była chora...

*Jai*
Umówiłem się z Jamesem na zajeździe tuż obok szpitala.
Kiedy znalazłem się w umówionym miejscu zamarłem. Przede mną stało najprawdziwsze Lamborghini Avenatador Lp700-4 Wallpapers w kolorze pomarańczowym. O takim cacku nawet nie śniłem kiedy wydawałem zlecenie Jamesowi.
Zamiast pogratulować Jamesowi gustu ściągnąłem brwi i zmarszczyłem czoło.
- I co? - zapytałem z nieskrywana kpiną.
- To jest TO szefie. - zamarł w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Bardzo dobrze, tak... - nagle orientuję się, że coś jest nie tak. - Masz papiery?!
James nerwowo przeszukuje kieszenie po czym szeroko się uśmiecha.
- Mam. - podaje mi lekko pognieciony kawałek papieru. Może i nie byłby on tak bardzo ważny gdyby nie to, że widnieje na nim wyraźnie, że samochód należy do Jaidona Brooks.
- Dzięki Bogu! - wślizguję się do auta i jeżdżę palcami po kierownicy.
Idealna, myślę i zaciskam na niej palce. Tak...
Wydaję z siebie przeciągłe westchnienie po czym zabieram się do sprawdzania reszty auta.
Wszystko działa jak należy, czyli nienagannie, więc tak jak obiecałem Jamesowi zapraszam go na przejażdżkę.
Wsiada, zapina pasy i uśmiecha się szeroko. A kiedy nie ruszam pyta:
- Co jest?
Zamarłem. Czułem jak brakuje mi powietrza. Nie miałem zamiaru wysiadać żeby odetchnąć. Przycisnąłem pedał gazu i ruszyliśmy.
Autko chodziło niczym marzenie - lekko mruczało, a gdy dodawałem gazu idealnie warczało.
Wyjechaliśmy na poboczną dróżkę.
- Myślisz, że mogę teraz dodać gazu? - zapytałem Jamesa. Skinął głową.
Obaj poczuliśmy wiatr, który wiał przez otwarte okno. Drzewa migały nam przed oczami, strzałeczka na liczniku rosła. Wspaniale.

*James*
- Myślisz, że zdążymy oddać go zanim ten facet wniesie oskarżenia? - zapytałem kiedy tylko zahamowaliśmy.
- Jeśli według twoich obliczeń jeszcze jest w biurze mamy szansę. - odpowiada Jai, a mnie jak zawsze przeszywają obawy, że ktoś nas złapie.
To jest ryzykowne - wiemy o tym. Dlatego staramy się wszystko robić niezauważalnie. Kradniemy auta wtedy, kiedy wiemy na 100 procent, że dana osoba będzie przez połowę dnia bardzo zajęta, a potem je oddajemy. W ten sposób mogliśmy odbyć przejażdżkę nawet na takich autkach jak Porsche
959 czy Ferrari 288 GTO. Te były dobre, ale najlepszy bez wątpienia jest Lamborghini. To Lamborghini, którym właśnie jechaliśmy, a które teraz Jai - mistrz kierownicy odstawia w to samo miejsce, co stało godzinę temu. Zazwyczaj nie mamy dłuższej przyjemności z jazdy - samochód trzeba odstawić na czas, albo do garażu, albo na wyznaczone miejsce. Jednak zawsze robimy to tak sprawnie, że nikt nawet się nie orientuje, że majstrowaliśmy nieco nad czyimś autem.
W zasadzie tylko ja i Jai decydujemy się na tak ryzykowne operacje. Wiemy, że w mieście jest też parę gangów, które "pożyczają", a potem nie oddają. Oni tak to nazywają, bo jest im łatwiej mówić o pożyczce niż o kradzieży.
Czasami - tak jak dziś dopadają mnie wątpliwości czy się wyrobimy z czasem. O ile łatwo jest takie cacko zwinąć sprzed nosa właścicielowi o tyle trudno jest przewidzieć jak tyka zegar.
Pamiętam, że raz tylko zdarzyło się, aby właściciel pięknego Chevroletu Camaro wyglądającego jak słońce przed przewidzianą godziną chciał wrócić do domu. Doskonale pamiętam jak podjeżdżaliśmy nim przed ośrodek szkoleniowy, gdzie został pozostawiony. Nie mam pojęcia jakim cudem tamtem gościu nie wezwał policji. Może to dlatego, że Jai potrafi dostatecznie dobrze kłamać i maskować emocje, a ja dorzuciłem coś o kradzieży i ratunku tego pięknego autka.
Nikt jednak nie wie, że to robimy...

piątek, 10 stycznia 2014

Liebster Awards number 2

wonderwall nominowała mnie do Liebster Awards. Jest to moja druga nominacja. Wielkie dzięki, że zauważasz jaki wysiłek wkładam na napisanie kolejnego rozdziału, który by spodobał się moim czytelnikom :)

PIERWSZA NOMINACJA

Soooo, zacznijmy!
Pytania od wonderwall:

1. Należysz do jakiś fandomów?
Tak, jestem Janoskianator, Arianator, Mahomie & Lawlorff :)

2. Jak masz na imię?
Wydaje mi się, że moi rodzice dali mi imię Weronika, ale dość często ludzie używają mojego przezwiska.

3. Jaki jest twój ulubiony owoc, warzywo?
To teraz taka ciekawostka - wiecie, że marchewka to ponoć owoc?
Moim ulubionym owockiem jest mrożona truskawka, a z warzyw najbardziej lubię sałatę lodową :3

4. Kogo uważasz za godnego naśladowania?
Szczerze mówiąc mało jest takich osób. Na pewno nie można ich zawsze naśladować. W ogóle nie przepadam za tym, żeby kogoś naśladować. Wolę brać kogoś za przykład, dążyć do tego, żeby być na "poziomie" (nie mam pojęcia jak to ująć) tej osoby. Na pewno możemy wziąć za przykład Beau, Jaia i Luke, którzy kiedyś byli zastraszani. Zrobili o tym TTT, jest nawet wersja po polsku. Oni pomimo tego wszystkiego nie załamali się i jeszcze pomagają innym i mają siłę, by wywoływać u nich uśmiech :)

5. Kochasz zwierzęta?
Uwielbiam je <3 Sama miałam kiedyś rybki, dwie papużki nimfy, żółwia, kotka bez oka, papużki nierozłączki. A, i jeszcze hodowałam pasikoniki czy coś xD Teraz mam tylko psa, ale kiedy jestem u mojej koleżanki kocham bawić się z jej kociakami ;)

6. Co sądzisz o YouTuberach?
Co sądzę... Myślę, że bez nich świat byłby nudny. Weźmy takie O2L czy Janoskians. Ja, np. kiedy się nudzę oglądam ich filmiki co bardzo poprawia mi humor :)

7. Masz twittera?
Twitterów to ja mam pełno. Wszystkie zakładałam mniej więcej gdy miałam 9/10 lat. Potem założyłam sobie takiego jednego, chyba z 1,5 roku temu i mam go do teraz. Dostałam follow od ludków zweryfikowanych <it's good>

8. Skąd czerpiesz inspirację?
To zależy do czego xD Rysuję - inspirują mnie inne rysunki, fotografie lub dziwne zdjęcia. Do pisania inspirację czerpię ze swojej głowy. Wszystko wymyśla się w mojej małej muzgownicy, a potem wychodzi na strony bloga c:

9. Twoje największe marzenie?
Chyba nie potrafię określić mojego największego. Wszystkie są marzeniami i chcę żeby wszystkie się spełniły. Chcę, np. spotkać O2L, Janoskians... Chcę zostać tatuażystą, chcę mieć tatuaże. Chcę jeździć na skuterze. Strasznie dużo tutaj tego *-*

10. Co byś zrobiła gdyby kosmici opanowali świat?
Pewnie wyszłabym na dwór i powiedziała im jak długo na nich czekałam, bo jako jedyny ufoludek na świecie strasznie tutaj było nudno :3

11. Do jakiego kraju byś się najchętniej udała?
Mam marzenie, żeby zwiedzić cały świat :) Więc I'm sorry :p

NOMINUJĘ:

Violetta Forever 
Moja pasja, moje hobby
You're my true love, my whole world
Lucy Blog

(Nominuję tylko te blogi, ponieważ nie czytam ich zbyt dużo)

Pytania ode mnie:

1. Jaka jest twoja ulubiona książka?
2. Jaki jest twój ulubiony film?
3. Jakie jest twoje motto życiowe?
4. Jakie miejsca chciałabyś/ chciałbyś zobaczyć?
5. Czy kiedykolwiek jechałaś na wielbłądzie?
6. Kiedy obchodzimy twoje urodziny/ imieniny?
7. Czy masz swoją ulubioną piosenkę?
8. Jak masz na imię?
9. Jakie miejsca chciałabyś/ chciałbyś zobaczyć?
10. Jaka jest najśmieszniejsza sytuacja, która przytrafiła ci się w życiu?
11. Jaki jest twój ulubiony/ ulubiona:
YouTuber/ ka?
Pisarz/ Pisarka
Bloger/ ka?
Piosenkarz/ Piosenkarka?
Malarz/ Malarka?

:)

XXX - Sophie, Allan, Bliźniacy, Mac i Ja

*Charlie*
Obudziłam się nazajutrz. Panował mrok pomimo wczesnej pory.
Ubrałam kapcie i ześlizgnęłam się ze szpitalnego łóżka. Sięgnęłam po szlafrok i przewiązałam się w pasie.
Na chwilę przystanęłam nasłuchując, ale nic prócz mojego ciężkiego oddechu nie mogłam usłyszeć.
Powolutku ruszyłam w stronę drzwi. Z każdym oddechem było mi ciężej iść, cokolwiek robić.
Nie chcę takiej śmierci, takiego życia, przemknęło mi po głowie. Chcę jeszcze coś zrobić, czegoś dokonać...
Trzymając się obręczy moje kapcie szurały po podłodze.
O tej porze wiele dzieciaków wychodzi i spaceruje po korytarzu. Prawie nikt nie potrafi tak naprawdę zasnąć. Zasnąć i nie obudzić się.
Mijająca mnie dziewczynka - Sophie, o ile dobrze pamiętam, spojrzała na mnie dyskretnie. Wiedziałam, że malutka przygląda mi się z uwagą starając się zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
Uśmiechnęłam się do niej, lecz tak szybko jak tylko się pojawił mój uśmiech zgasł.
Ona jest taka malutka. Taka malutka... Taka drobna. Przed nią jeszcze parędziesiąt dobrych lat. Powinna umrzeć jako staruszka w ciepłym foteliku z pieskiem, który ogrzewałby jej zziębnięte nogi. Powinna móc doczekać się dzieci, wnuków.
Czy to całe życie my już przegraliśmy?
- Pograsz ze mną? - Sophie wyciągnęła do mnie swoją malutką rączkę. Jej ciemne oczy zamigotały w jasnym świetle.
- Jasne. - chwyciłam ją za rękę.
Dziecko zaprowadziło mnie do swojego "pokoju". Był zupełnie pusty, tak jakby nikt o niej nie pamiętał. Tak jakby nikomu już nie zależało...
Pokój przywodził na myśl smętne wspomnienia. Czy w takim pokoju warto umierać?, zapytałam siebie.

- Jak masz na imię? - spytała, kiedy wygodnicko ulokowałyśmy się obie na łóżku. Teraz już z nieudawaną ciekawością patrzała mi prosto w oczy. Minka chorej była bezcenna - tak jakby zobaczyła nową pluszankę.
- Jestem Charlie. - jak na wychowane panny przystało podałyśmy sobie ręce. Kiedy uścisnęłam jej rękę miałam wrażenie, że jeśli za mocno ją ścisnę jej drobne kości znikną.
- Lubisz się malować? - zapytała i już sięgnęła po swoje kosmetyki.

W czasie kiedy ja poddawałam się zabiegom pielęgnacyjno - upiększającym Sophie przeprowadzała ze mną wywiad.
- Ile ty masz lat Charlie? Czy masz siostrę? Albo brata? Gdzie spędziłaś ostatnie wakacje? Jak tutaj trafiłaś? Jaka jest twoja ulubiona książka? - zasypywała mnie pytaniami, a mnie coraz trudniej było na nie odpowiadać.
W końcu dziewczynka umilkła, a do pokoju wkroczyło całe stado lekarzy. Mnie wyproszono.

*Allan*
Pięknie! Jak zwykle jestem pierwszy poinformowany! O wszystkim, tak?!
Tego pięknego dnia byłem bardzo zdenerwowany. Już po przebudzeniu się wiedziałem, że coś jest nie tak. Że coś nie jest na swoim miejscu...
Około 11 rano zadzwonił do mnie telefon. O ile się orientuję był to mężczyzna. Mówił przez nos - może miał katar?
W połowie wypowiadanych zdań jego głos się łamał lub urywał tak, że ledwie zrozumiałem o co mu chodzi.
Dziewczyna którą poznałem - ta sama, która spacerowała z małym chłopczykiem jest ciężko chora. Leży w szpitalu.
Od razu popędziłem do drzwi nie zważając na pytania moich współlokatorów. To był odruch, taka reakcja jak ktoś cię uderza. Po prostu wiesz, że musisz się bronić.

W biegu zakładałem kurtkę. Dziś było trochę zimniej niż zwykle, chociaż świeciło słońce. Zastanawiało mnie jedno - kim był mężczyzna, który do mnie dzwonił?
Szybko jednak odgoniłem od siebie myśl, że to może być ktoś bardzo bliski dla dziewczyny. Przecież nic nie mówiła, że kogoś ma. Chyba, że nie chciała powiedzieć...
Chyba miałem ogromnego farta, że akurat autobus stał na przystanku. Szybko wgramoliłem się do środka i zająłem miejsce najbliżej drzwi.
Czułem jak autobus telepocze mną kiedy ruszyliśmy. Ale zawsze mam jakiś środek transportu. Gdyby nie te starocie miałbym pewnie parę dobrych kilometrów na butach.

Po godzinie jazdy zatrzymujemy się. Jako jedyny wysiadam. Nie to, że szpital jest opuszczony czy coś. Po prostu większość mieszkańców woli omijać takie miejsca szerokim, naprawdę szerokim łukiem. Ci, którzy przychodzą tutaj na wolontariat muszą mieć nieźle wolnego czasu - tak przynajmniej sądzą tutejsi.
Szpital jest przestronny, ale już od progu czuć tę wstrętną woń spirytusu i gazików. Nienawidzę tego. Mimo wszystko zmuszam się do powstrzymania odruchu wymiotnego i kieruję się w stronę recepcji.
- Przepraszam, szukam... - i w tym momencie uświadamiam sobie, że nie mam zielonego pojęcia jak moja koleżanka ma na nazwisko. Owszem, pamiętam jej imię, ale nie wydaje mi się, żeby mówiła coś o nazwisku.
Recepcjonistka patrzy na mnie podejrzliwie. Wyjaśniać jej wszystko i czekać na jej litość czy odejść?
Nerwowo zerkam na kobietę. Wydaje się dosyć rozumna - może zauważy moje dobre chęci?
- Pan chyba był tutaj wolontariuszem, prawda? - pyta mnie. W mojej głowie pojawia się zielone światełko. Postanawiam podchwycić temat.
- Tak, to ja. Chciałbym znów poczytać książki dzieciakom. - mówię modląc się w duchu, że przekonałem kobietę.
Jeszcze sekunda i z braku powietrza pewnie zemdlałym na miejscu. Jednak kobieta omiatając mnie ostatnim ostrzegawczym spojrzeniem kieruje mnie na 4 piętro. Jak mogę zauważyć jest to onkologia dziecięca.
Każą mi włożyć specjalne obuwie i strój, który wpija mi się w tyłek. Kiedy stawiam kroki buty strasznie piszczą, przez co dekoncentruję się na swoim zadaniu. Bo przecież mam odnaleźć Charlie.
Przejmuje mnie jakaś starsza pielęgniarka w takim samym brudnozielonym fartuchu co ja. Czy naprawdę musimy tak izolować się od chorych?
Zostanę odprowadzony aż do świetlicy. Pielęgniarka rzuca mi tylko krótkie:
- Chyba wiesz gdzie są książki, Kochasiu.
I znika. Momentalnie zostaję otoczony garstką dzieci. Czy już niedługo czeka je śmierć?
Znów staję tyłem do moich przemyśleń. Nie lubię ich. Wprost nienawidzę myśleć o smutnych rzeczach. Zawsze to mnie przytłacza.
Wymykam się pod pretekstem pójścia do toalety, ale obiecuję dzieciakom, że jak wrócę poczytam im trochę. Bo ja wrócę. Jeśli znajdę Charlie.
Kręcę się tu i tam po korytarzach. Wydaje mi się, że za każdymi drzwiami jest dziewczyna, ale nie mam tyle odwagi, by pukać do wszystkich drzwi. Chyba liczę na to, że niebawem ujrzę ją na korytarzu...
Odwracam się. Słyszę jak ten sam człowiek, który do mnie zadzwonił rozmawia z kimś. Tematem przewodnim jestem ja. Wbrew dobremu wychowaniu postanawiam podsłuchać trochę rozmowy.
- Jak myślisz, przyjedzie tu? - pyta ten pierwszy. Teraz uświadamiam sobie, że obaj to mężczyźni, a na dodatek mają strasznie podobne głosy.
- Nie mam pojęcia. - odpowiada słabo ten drugi. - Mam nadzieję, że tak. Ona musi mieć w kimś oparcie.
- Myślisz, że to będzie właśnie on?
- Tak, tak myślę. Wierzę w to.
- Ale skąd możesz mieć pewność, że są przyjaciółmi? Przecież nic o nim nie wiesz, a sama Lie zna go ledwie parę dni! - za ścianą słychać szuranie. Jeden z mężczyzn wstaje i przebiera nerwowo nogami.
- Słuchaj Jai. Ja to wiem. Po prostu czuję to. Charlie nie może mieć we mnie oparcia. Z resztą to juz nie ważne. Ja jestem krzyżykiem.
- I nie liczy się to, że nadal ją kochasz?
- Teraz już nie. Nie po tym co zrobiłem. Co zrobiliśmy razem. - wzdycha. - Jai, jak to jest możliwe?
- Zawsze podobały nam się te same dziewczyny. - przypomina mu owy Jai.
- Tak, ale nigdy... No wiesz. - na chwilę obaj milkną.
- Nie chciałem tego Luke. Naprawdę.
- Wiem o tym.
- To jest silniejsze ode mnie. Na początku to powstrzymywałem, miałem nadzieję, że minie.
- Ale nie minęło. - dokończył.
- Zrobiło się coraz gorzej. Chyba... Chyba chciałem unikać jej. No i trochę ciebie. Nie miałem ochoty słuchać o tym, jak to mówisz, że układa wam się cudownie. A potem bum. - mówił smutno. - Zniszczyłem coś wspaniałego i nie wybaczyłbym sobie, gdybym tego nie naprawił.
- Jai... - osłabiony Luke próbował zaprotestować.
- Chyba oszalałem, ale... Chcę tego. Chcę żebyś był szczęśliwy. I żeby ona była szczęśliwa.
- Nawet kosztem twojego szczęścia? - zapytał. Teraz rozróżniam, który do mnie zadzwonił. Luke.
- Wyjadę. Po tym jak wyjdziesz, że szpitala. Ale... Chciałbym, żebyś informował mnie o stanie jej zdrowia.
- Rozumiem. - kiedy Jai zbierał się do wyjścia Luke zatrzymał go jeszcze przez chwilę. - A jeśli ona byłaby szczęśliwsza z tobą?
Powoli wszystko trawiłem.
- Tak nie będzie. To ty jesteś jej źródłem. Tylko ty.
- A inni? - zapytał niedowierzająco.
- Myślę, że inni są na innym planie. A na pewno ja. Ja jestem na pewno na końcu. I niech tak pozostanie.
Rozległy się dźwięczne kroki. Podbiegłem do wózka na którym stał obiad i udawałem, że nic nie słyszałem. Po chwili owy Jai wyszedł z sali. Miałem sekundę na zmierzenie go od stóp do głów.
Był o paręnaście centymetrów wyższy ode mnie. Na głowie miał szary kapelusz, w uszach kolczyki. Spod kapelusza wystawały kręcone włosy.
Chłopak wywarł na mnie ogromne wrażenie schludnego, trochę roztargnionego nastolatka. Nie mam pojęcia ile ma lat.

*Charlie*
Nie spodziewałam się, że w tak trudnych chwilach poznam kogoś. Kogoś podobnego do mnie. Kogoś, kto mnie rozumie, bo jest w podobnej sytuacji.
Mac.
Natknęłyśmy się na siebie przy wejściu.
Mac nie jest zakompleksioną nastolatką myślącą tylko o makijażu. Zupełnie tak jak ja, kiedy jeszcze Ariana nie przebrała mnie za żywą lalkę - pomyślałam.
Ku mojemu zdziwieniu Mac przysiadła się do mnie i zaczęła rozmowę.
Na początek się przedstawiła, a gdy ja oswoiłam się nieco z sytuacją zaczęłam również i ja mówić. Po skończonym obiedzie poszłyśmy do pokoju Mac (czyt. Mag). Nie był przyozdobiony. Wywnioskowałam, że dziewczyna dopiero tutaj trafiła - być może dziś rano lub w nocy.
Obie czekałyśmy na coś w milczeniu. Nie czułam się skrępowana ciszą. Tak było nam łatwiej. Tak było lepiej.
Od czasu do czasu miałam odwagę zerknąć na Mac. Jest uroczą, młodą dziewczyną. Z tego co mówiła na stołówce zapamiętałam, że pochodzi z Florydy, a jej prawdziwe imię to Emily Da Van Goht Cosmet De La Porshe. Chyba zmieniła imię. Nie mam pojęcia po co.
Mac też zerka na mnie. W pewnym momencie zauważam w końcu, że ma piękne niebieskoszare oczy. Zawsze o takich marzyłam.

Mac kładzie się na swoim łóżku. Obserwuję ją. Nikt nie ma tyle siły, żeby coś powiedzieć. Męczy mnie tylko jedno pytanie - jak bardzo wszyscy, którzy dowiadują się tutaj o swojej chorobie muszą cierpieć i jak Mac to zniosła? A może jeszcze wszystko przed nią...
______________________________________________________________________________
Charakterystyka postaci:

Emily Da Van Goht Cosmet De La Porshe (Mac)
18latka. Pochodzi z Florydy. Ma szaroniebieskie oczy. Zmieniała nazwisko. Jest sierotą, przez większość swojego życia pracowała dla swojej ciotki. Zachorowała na raka. Jest homoseksualna. Bratnia dusza Charlie.




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Muszę się czymś wspaniałym pochwalić... JEŻY MARIUSZ DOSTAŁAM FOLLOW OD JAMESA KNVKDBKDBDKVB

Dzisiaj, ok. godziny temu (tak długo się otrząsałam?!) JAMES YAMMOUNI MNIE FOLLOWNĄŁ NA TWITTERZE!
Trzeba było RT posta jeśli podoba ci się jego DM. Zrobiłam to i napisałam "Please follow me James", a potem poszłam oglądać Igrzyska Śmierci.
Spokojnie wchodzę sobie na twittera i otrzymuję od paru osób gratulacje. Nie wiem co się dzieje. Z niewielką nadzieją oglądam swój profil i widzę to:


Ale to jeszcze nic nie znaczyło. Wchodzę na profil Jamesa i widzę TO:


HeartAttack na miejscu, zgon, zawał. Skaczę, krzyczę, zalewam się łzami. Moja mama tys. razy pyta się co jest grane, a ja leże na podłodze i ściskam mojego laptopa.
Godzinę próbowałam się otrząsnąć, przynajmniej sprubować uspokoić moje ręce, ale nie dało się! Adrenalina, niedowierzanie. Boże to naprawdę się dzieje?

TAK WIĘC STWIERDZAM, ŻE ROK 2014 BĘDZIE NAJLEPSZY I WYJĄTKOWY! JUHU!
WIEDZIAŁAM, ŻE TEN ROK BĘDZIE INNY! MIAŁAM TAKIE UCZUCIE!

A komuś z was udało się zdobyć follow od Jamesa? *-*
#WARIATKA #SIĘ #CIESZY #NIE #ZMĘCZONA #ZGON X 10000000000 #ZAWAŁ #UMARŁA

W skrócie nadal się trzęsę jak galareta, latają mi ręce i nie mam pojęcia jak wam wytłumaczyć jak wiele takie "głupie" follow dla mnie znaczy ;-;

piątek, 3 stycznia 2014

Dlaczego Luke idzie na wojnę?

Pewien Anonim zadał tutaj bardzo mądre pytanko - dlaczego jeden z bliźniaków idzie na wojnę...
Przypuszczam, że to był chory wymysł mojej szalonej wyobraźni, który po prostu nie miał co wymyślić, a chciał "udramatycznić" sytuację.
Jest też inna opcja - Luke uczęszczał do szkoły wojskowej, która była wysyłana w podróż do krajów walczących.
Chyba jednak to opcja pierwsza...
Więc przepraszam za tamten wymysł, niestety nie mam ochoty go usuwać :)
Niech więc pozostanie już ta wojna, niech Charlie robi to co ma zrobić i tyle.
Przypuszczam, że za mniej więcej miesiąc kończę opowiadanie. Zauważyłam, że prawie nikt go nie czyta, a przynajmniej nie zostawia komentarzy, co jest dla mnie bardzo ważne jeśli widzę, że tutaj byliście ;)

sobota, 14 grudnia 2013

XXIX - Ciocia G. mówi, że miałem szczęście, że mi nie uciekł. Ale on by nie uciekł! On mnie zna!

*Jai*
Tak wiele razy myślałem, tak wiele razy śniłem, tak wiele razy powracałem... Ale za każdym razem słyszałem to samo. Może popadam w jakiś obłęd, może dzieje się ze mną coś dziwnego. Może nie jestem normalny.
Jedno wiem.
Oszalałem.
To wszystko co się działo... Wstyd mi się przyznać, ale byłem szczęśliwy kiedy zobaczyłem, a raczej usłyszałem przy naszym Okrągłym Stole, że Luke postanowił zerwać z Charlie. Przynajmniej na jakiś czas...

- Gdzie będzie mieszkała Charlie? - mama jak zwykle musiała wtrącić swoje trzy grosze.
Zerknąłem zaciekawiony na brata bliźniaka. Spostrzegłem, że jest spięty.
Mimo to postanowiłem mu trochę dopiec kiedy już poszedł do siebie.

- Nawet nie wiesz ile razy cię coś ominęło! - zacząłem trzaskając drzwiami od naszego pokoju.
Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło, ale widząc jego zbolałą minę stałem się jeszcze bardziej złośliwy.
- Ktoś tutaj chyba nie został poinformowany. Co to?, żona ci nie powiedziała?
Brooksy zacisnął pięści mocniej niż kiedykolwiek kiedy był zdenerwowany, albo wręcz wściekły. Ale teraz czułem, że nie ma żartów. Za dużo powiedziałem.
Wstał z krzesła, a ja po raz pierwszy od paru lat uświadomiłem sobie, że Luke jest starszy, silniejszy i większy ode mnie. Jeśli teraz chciały mi przygrzmocić...
- Co ty wygadujesz?! - wybuchnął złością. W jego oczach palił się ogień.
- A jak myślisz? - odezwałem się z kpiną w głosie. Nie, Jaidon co ty robisz debilu?! Nie mam ochoty szarpać się z bratem, a jednak podświadomie do tego dopuszczam.
Może to będzie walka o być i nie być?
Zwycięzca bierze dziewczynę...
- ONA MNIE NIE ZDRADZIŁA! - krzyknął mi prosto w twarz.
- Nigdy nie masz pewności.
W jednej chwili poczułem ból. To Lukey bił mnie z całej siły po twarzy. Ale nie martwcie się, nie pozostałem mu dłużny.
Szarpałem się z całych sił czując jak krew kapie mi z nosa. No pięknie! Kiedy w grę wchodzi bijatyka ja nie mam żadnych szans, tak?
Przyłożyłem mu z lewego sierpowego, a potem z kolanka i szybko wstałem.
I co?! Kto jest teraz lepszy?!
W moich oczach ta scena wyglądała trochę brutalnie... Ja sięgający po lampkę stojącą na biurku... Luke próbował się jeszcze osłonić rękoma, ale na nic to się nie zdało.
Po ciosie zadanym przeze mnie zemdlał, a do pokoju wpadła mama. Miała łzy w oczach. Beau, który stał za drzwiami blokując Lie dostęp do poszkodowanego i rzecz jasna do mnie dzwonił na karetkę.
Zdążyłem tylko zarejestrować czarne, zapłakane oczy dziewczyny, a potem zemdlałem.

*Narrator*
Wszyscy znajdowali się w szpitalu. Mówiąc wszyscy mam na myśli całą rodzinę Brooksów wliczając w to Miki Mouse. Dziewczyna miała na sobie pidżamę co oznaczało, że wróciła na oddział onkologii, by znów zacząć się leczyć.
Na głowie miała chustę, a jej włosy były przycięte. Czuła, że czuje się gorzej, ale nie chciała opuszczać osoby, którą tak bardzo bała się stracić.
Po raz pierwszy w życiu zaczęła zastanawiać się jakby to było gdyby ona umarła. Czy Luke opłakiwałby jej śmierć? Czy ojciec przyszedłby na pogrzeb? Co czekałoby na nią po śmierci?
Przed incydentem z malowaniem Jaia śmiała sądzić, że jej chłopak najprawdopodobniej rzuciłby się pod samochód gdyby ona umarła, ale teraz... Teraz już nie była tego taka pewna.
Postanowiła sobie, że nie chce umierać. Bo i po co? Tutaj jej dobrze - ma kochającą rodzinę, miała chłopaka, ma przyjaciół i wspaniałe przygody przed sobą.
Tak naprawdę dziewczyna bała się. Zawsze bała się śmierci, że przyjdzie ona nagle i niespodziewanie, a ona na zawsze będzie musiała pozostawić swoją rodzinę. Ten strach był najgorszym.

*Charlie*
Wprost błagałam lekarza na kolanach, żebym mogła poczekać, aż Luke się wybudzi. Nie zniosłabym, gdyby kazano mi leżeć w mojej sali.
Chciałabym potrzymać go za rękę... Tak bardzo. Chciałabym przeczesać jego bujne włosy, wyszeptać mu do ucha "Don't worry, be happy", a on wtedy otworzyłby oczy i popatrzał na mnie tak jak patrzył na mnie zawsze - z miłością.
Tymczasem ja nie miałam tyle odwagi. Bałam się, że jeśli zobaczy moją rękę wplecioną w jego nakrzyczy na mnie i każe mi się stąd wynosić.

Kiedy w pokoju zostałam tylko ja i Luke on nagle otworzył oczy. Nawet nie miałam pojęcia, że przez te parę minut kiedy ja siedziałam na krześle jak kamienny posąg on przyglądał mi się.
Prawie zemdlałam kiedy poczułam jego zimną dłoń. Uśmiechnął się delikatnie, a potem jego usta wykrzywiły się w bólu.
- Nie wyrzucisz mnie? - zapytałam ze zdziwieniem. Odsunął swoją rękę.
- Chciałbym, ale nawet jeśli wyrzuciłbym cię za drzwi to i tak nie potrafiłbym wyrzucić cię ze swojego serca.
- Luke... Ja się wyprowadzę. - wyszeptałam. W głębi serca miałam nadzieję, że chłopak zaprotestuje, zatrzyma mnie. - Nie chcę żebyś mnie odwiedzał.
- Tak. - pokiwał głową. - Tak będzie lepiej. Dziękuję.

*Gina*
- Jak mogłeś to zrobić?! - nic nie obchodziło mnie, że właśnie urządzałam awanturę w samym szpitalu. - Jak mogłeś to zrobić Jai?! Nie tak cię wychowałam, nie tak! Własnego brata!
Mój własny syn pobił swojego brata. To był jakiś chory sen! Zawsze się bili, zawsze. Ale nigdy nikt nie wylądował w szpitalu. Nigdy. Zawsze były ro bójki dla żartów.
Nakazałam Beau, żeby przyniósł mi wodę. Chciałam porozmawiać z Jaidonem w cztery oczy.
- Co się dzieje Jai? - zapytałam łagodnie. Oparł się o ścianę przymykając oczy.
- Mamo... Ja nie chciałem. - mówił załamanym głosem. - Ale to jest silniejsze ode mnie.
Przez chwilę zapanowała cisza. Próbowałam jakoś zrozumieć jego słowa. Z Jaiem zawsze łatwiej mi się rozmawiało, zawsze on pierwszy był skłonny do zwierzeń. Czułam, że się od siebie oddalamy. Dlaczego nic nie zrobiłam?
- Jestem zazdrosny mamo. Cholernie zazdrosny.
- O co?
- O to, że Luke może w każdej sekundzie bezkarnie ją całować. O to, że może ją przytulać. O to, że ona go kocha. A nie mnie. - spojrzał na mnie wielkimi oczami niczym spodki. - Mamo ja tak nie chcę. Ale szaleję za Charlie. To jest jak narkotyk: im bliżej niej tym gorzej. Tracę nad sobą panowanie...
Usiadłam na twardym, szpitalnym krześle. Co jak co, ale tego się nie spodziewałam. W ogóle nigdy nie brałam takiej możliwości pod uwagę...
- Co planujesz zrobić? - zapytałam po chwili. Jaidon odwrócił się na pięcie i powiedział:
- Odpocząć.

*Tom*
Ciocia G. wyglądała na zmartwioną kiedy Jai sobie poszedł. Mam nadzieję, że się nie pokłócili...
Ostatnio w naszym domu często są kłótnie. Nie podoba mi się to, ponieważ nasz dom powinien być naszym domem. Miłym i ciepłym.
Nie lubię kiedy Luke kłóci się z moją siostrą. To okropne. Już wolę jak się do siebie kleją niż mają chodzić z tymi groźnymi minami.
Za to z Danielem jest super!
Danielowi nie podobało się, że cały czas mówiłem do niego "proszę pana" i wymyślił taką zabawę - ile razy powiem do niego po imieniu tyle razy dostanę mojego ulubionego cukierka!
Kiedyś powiedziałem do niego "wuju Danielu". Udawał, że jest na mnie obrażony aż trzy dni!
Daniel jest trochę dziwny. Mama mówi, że jak dla niej jest on dziecinny i trochę... Jak to było? Nieoczesany? Nieokrzesany!
Nie wiem co to znaczy, ale na pewno coś fajnego. W każdym razie nawet jeśli mama nie lubi Daniela nie ma nic do tego, żebym nie mógł się z nim widywać.
Ostatnio często nikogo nie ma w domu. Państwo Sahyonie jeśli nie pracują odwiedzają Ciocię G. Ciocia G. jest naprawdę fajna! Pozwala mi biegać na podwórku do późna!
Ciocia ma psa. Wabi się Lola. Albo Lala. Nie pamiętam, bo dla mnie jest to Kudeł. Kudeł jest miły. Nawet bardzo, ale Ciocia mówi, że jest już stary.
Kudeł nie lubi kiedy ciągnę go za ogon (robię to bardzo rzadko), ale on uwielbia kiedy go naśladuję! Szczeka wtedy tak radośnie, a ja wiem co on mówi!
Raz mogłem wziąć Kudła na spacer. Tylko przed bramą - na takim placu zabaw, ale i tak bardzo się cieszę! Kudeł ciągnął za smycz. Bałem się, że powyrywa sobie wszystkie zęby, dlatego spuściłem go ze smyczy. Ciocia G. mówi, że miałem szczęście, że mi nie uciekł. Ale on by nie uciekł! On mnie zna!

Niedawno Charlie pojechała do szpitala. Ja i Kudeł wyczuliśmy, że coś jest nie tak. Od razu to zwęszyliśmy! Mama mówiła, że to nic poważnego, ale wyglądała na zmartwioną.
Parę dni później Kudeł powiedział mi, że moja starsza siostra jest bardzo chora. Chciałem z nią pogadać, ale wystraszyłem się kiedy zobaczyłem te wszystkie panie pielęgniarki. Obiecałem sobie, że będę dzielny i nie będę się bał.
Szkoda tylko, że Kudeł nie może towarzyszyć mi w wyprawach do szpitala...


poniedziałek, 9 grudnia 2013

XXVIII - Miłość to cierpienie. By uniknąć cierpienia, nie wolno kochać. Wtedy jednak cierpi się z braku miłości...

*Luke*
Nawet mi się to nie śniło. Ba! Nigdy nawet nie brałem takiej możliwości! Ale żeby mój brat? Żeby moja jedyna i niepowtarzalna Charlie, którą kocham ponad życie... Dlaczego akurat ta dwójka?
Czułem jak gotuję się w środku, a moje serce zamarza. Dlaczego?
Słyszałem jak Lie wybiega z domu. Woła za mną, krzyczy, płacze.
Tak bardzo mam ochotę podejść do niej i wymierzyć jej cios w policzek, ale wiem, że nigdy by mnie na to nie było stać. Nigdy nie uderzyłem i nie uderzę kobiety, a w szczególności tą, którą kocham. Bo ja ją nadal kocham.
Nie chciałem się odwracać, lecz jej szloch mnie do tego zmusił. Wciąż idąc oglądałem się za siebie.
Biegła za mną potykając się o własne nogi. Nie miała na sobie nic prócz szlafroku.
Rozległ się głośny plusk i nim się obejrzałem Charlie poślizgnęła się i wpadła do wody.
Przez chwilę się wahałem. Czy powinien pomóc jej się podnieść?
Zdradziła cię Luke, w mojej głowie rozległ się ten nieznośny głos. Na co jeszcze czekasz? Idź śmiało! Poradzi sobie sama!
Kiedy postawiłem krok w stronę mojej dziewczyny, którą Lie nadal była znowu usłyszałem rozkaz.
Ani mi się waż do niej podejść, słyszysz?!
Ale nie słuchałem już tego. Z wielkim grymasem na twarzy bardziej zły na siebie niż na dziewczynę podałem jej rękę.
Kiedy stanęła na równe nogi spuściła głowę i zamiast tłumaczyć swoje czyny bez opamiętania w potoku słów stała tam i nic nie mówiła. Miałem wrażenie, że nawet nie oddychała!
Wziąłem ją za rękę, ale ona nawet na mnie nie zerknęła.
Boże, dlaczego to się musi dziać? Dlaczego?
Starałem się uwolnić z mojego serca jeszcze trochę miłości, którą darzyłem Charlie. Opuszkami palców pogłaskałem ją po policzku. Podburzony pod wpływem impulsu przytuliłem ją mocno do siebie. Marzyłem, by w tamtej chwili nic nam nie przeszkadzało, by trwała ona wiecznie bez skazy.
Pociągnęła nosem, chlipnęła i wydukała:
- Lu-ke... Ja-naaaa-wet... Nieee-ma... Mam-się. Nie-mam-się-zzzz-czczczeggo. Tłumaczyć.
Z głośnym świstem wypuściłem powietrze z płuc. Oczekiwałem, że będzie się tłumaczyła jak jakaś chora idiotka. Że będzie kłamała jak to jej jest przykro. Może nawet oczekiwałem ściemy, że mój brat ją zaszantażował.
- Ciii... - mocniej ją do siebie przytuliłem. - Już jest dobrze. Już dobrze.
- Aaa... Ale-wiiidzzze. Nieee-jeest-dooobrze. - znów chlipała. Przyszło mi na myśl jedno miejsce - opuszczone. Często tam przesiadywałem, kiedy pragnąłem pomyśleć nad różnymi rzeczami.
- Choć. - powiedziałem. - Trzymaj moją bluzę. Nie płacz już, bo cię będzie głowa bolała.
Czułem się wtedy... No cóż. Jak tatuś nastolatki. Jak tatuś, który przyłapał swoją ukochaną córeczkę w łóżku z jakimś obcym kolesiem. Jak tatuś, który zawsze kocha, ale nie zawsze potrafi zapomnieć.
Objąłem ją ramieniem i poszliśmy w stronę szopki, którą ja i moi dawni koledzy zbudowaliśmy jeszcze w dzieciństwie.

*Charlie*
- Już dobrze. - powtarzał. Nie Luke, chciałam wykrzyczeć. Nie jest dobrze! Jezu co ja zrobiłam? Po co?
Boję się. Cholernie się boję.
Chciałabym zapytać Luke dlaczego taki jest? Dlaczego teraz mnie wspiera, dlaczego mi jeszcze pomaga?
Wtedy... Powinien iść przed siebie, wzburzony. Ale on wrócił, podał mi dłoń, a teraz przyjaźnie się uśmiecha.
Mam wrażenie, że mój mózg już nic nie rejestruje. Po prostu istnieje tylko po to, żebym nie miała za lekkiej głowy.